czwartek, 20 czerwca 2019

Od Rity cd. Rafaela

Rafael chciał, by ponownie go złapali... By ponownie go zamknęli... Jego pomysł kompletnie mi nie odpowiadał – w końcu chciał dać się skrzywdzić. Ponownie. Słuchając jego argumentów wiedziałam, że ma rację. Co ci ludzie mogliby zrobić innemu z nas, innemu wampirowi? O wiele gorsze rzeczy, niż mojemu ukochanemu. Jego tylko zamknęli... Następnego mogą torturować, eksperymentować czy zabić... Wiedziałam, że musimy coś z z tym zrobić, że musimy znaleźć tych, którzy stoją za tym wszystkim. Ale to, co mówił Raf, nie docierało do mnie. Obawiałam się o jego zdrowie, życie, istnienie. Bez niego... Wolałam o tym nie myśleć.
Słuchałam jego wywodu i coraz bardziej dawałam się przekonać do tego planu. Szaleńczego planu, który zakładał, że nam się uda. I wiedziałam, że nam się uda. Musiało, nie było innego wyjścia. Drżąca i nadal przerażona, przytuliłam mojego młodego wampira i zgodziłam się na to, co zaproponował. Wiedziałam, że musimy zacząć działać. Nie mogliśmy w końcu dopuścić, żeby ktoś inny został skrzywdzony. Zaufałam mu i, wtulając się jeszcze bardziej w jego klatkę piersiową, zamknęłam oczy. Potrzebowałam odpoczynku i resetu umysłu. Nie wiedząc nawet kiedy, poczułam, że Rafael śpi. Uśmiechnęłam się pod nosem i pocałowałam go czule w policzek. Na twarzy wykwitł mu lekki rumieniec przez sen, więc wtulił się we mnie jeszcze bardziej i spał dalej. Zaśmiałam się cicho. Nie miałam pojęcia, że taki z niego wstydzioch. Oplotłam się delikatnie jego rękami i sama poszłam spać.

**Piętnaście godzin później** 

Gdy się obudziłam, Rafael już siedział przy biurku i przeglądał jakieś papiery. Wstałam i stanęłam za nim, przytulając go. Złapał mnie za dłonie i ucałował je delikatnie.

- Dzień dobry, śpiochu – odparł po chwili i zaśmiał się cicho. - Witaj kochanie.
- Śpiochu? - zaczęłam się śmiać i ścisnęłam jego dłonie. - Witaj, ukochany.
- Wyspana?
- Mmm... - zamruczałam w zastanowieniu. - Jakby tak bardziej nad tym pomyśleć, to tak, wyspana. A ty?
- Owszem, wyspany. W końcu spałem z tobą – odchylił głowę do tył€, by na mnie spojrzeć, i posłał mi jedną z tych swoich min w stylu „super pewny siebie Amitachi”. Znów się roześmiałam i ucałowałam go czule. - A to za co?
- Buziak na dzień dobry, Amitachi – zetknęłam swój nos z jego. - Co tu masz? - wskazałam głową na stos papierów, leżących przed nim.
- Przeglądam wszystkie informacje, jakie udało się nam dotychczas zgromadzić na temat tej grupy ludzi, która stoi za moim porwaniem.
- Oh, no tak... - westchnęłam w zamyśleniu.
- Dalej się tym przejmujesz skarbie? Tym, co chcemy zrobić?
- Odrobinkę – skłamałam, próbując się uśmiechnąć.
- Kochanie, nie kłam. Widzę, jak się tym wszystkim denerwujesz.
- Cóż... Przejmuję się, bardzo. W końcu chcesz, by znów cię znaleźli i zamknęli. Wiem, że powód tego wszystkiego jest niezwykle szlachetny i rycerski, ale obawiam się o twoje bezpieczeństwo, najdroższy – westchnęłam cicho i smutno.
- Oh, ukochana... - dodał cicho i obrócił się na krześle, a potem usadził mnie sobie na kolanach i mocno przytulił. - Wiem, jak bardzo się przejmujesz. Ale wiem także, że damy sobie radę i że wszystko pójdzie dobrze. Znajdziemy ich i skopiemy im tyłki, ok? - zapytał, uśmiechając się.
- Dobrze – odwzajemniłam jego uśmiech, który był tak cholernie zaraźliwy. - Wiem, że damy sobie radę – pogłaskałam go czule po policzku. - Nie możemy pozwolić, by komuś jeszcze stała się krzywda. Kto wie, co ci dziwni ludzie mogą jeszcze wymyślić i co mogą zrobić. Nic dobrego do głowy mi nie przychodzi.
- Cóż, mnie także – westchnął i pocałował mnie namiętnie, niespodziewanie wsuwając dłonie pod moją koszulkę.
- Rafael... - wymruczałam z zadowoleniem. Wyczuwając w jego spodniach rosnącą wypukłość, przylgnęłam do jego krocza, delikatnie się o nie ocierając. Usłyszałam, jak syczy z zadowoleniem.
- Rita... Co ty ze mną robisz? - wydyszał, spragniony dalszych pieszczot.
- Ja nic nie wiem... - odparłam z niewinną miną i lekko poruszyłam biodrami. - To wcale nie jest tak, że cię prowokuję.
- Wcale... - wymruczał mrocznie, przyciskając mnie do siebie i całując po szyi. - Obiecuję ci... Gdy będzie po wszystkim... Wiesz, co... - spojrzał mi w oczy. Czułam, jak pali go pożądanie i wiedziałam, co miał na myśli.
- Wiem Rafael, wiem – wymruczałam w odpowiedzi i pocałowałam go czule. - Kocham cię.
- Ja ciebie też Rita – odparł i wtulił się we mnie. - Chodźmy i miejmy to za sobą, dobrze? - dodał po chwili. 
- Oczywiście – odparłam i zsunęłam się z niego.
Rafael wyszedł z pokoju pierwszy. Miał się snuć przez kilka godzin po obozie i sprawdzać różne ewentualne miejsca, w których mógł znaleźć tamtych ludzi. A ja? Ja miałam podążać za nim, niczym jego cień i być w pogotowiu na wszelki wypadek. No właśnie, na wszelki wypadek... Wolałam o tym nie myśleć, więc skupiłam się na tym, co aktualnie miałam do zrobienia.

**Kilka godzin później** 

Snułam się po obozie za moim ukochanym prze kilka godzin. Wszystko było w porządku i nie trafiliśmy na nic podejrzanego. Kompletnie nic się nie działo, jakby nagle cała sprawa ucichła, a tamci ludzie, którzy zamknęli Rafaela w piwnicy, wyparowali i zniknęli w powietrzu niczym mgła. Zaczynałam na poważnie się zastanawiać, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.
Powoli ogarniała mnie lekka frustracja. Miałam wrażenie, że nic nic pożytecznego nie robimy, a cały nasz plan nie ma sensu. Byłam na siebie zła, że nie jesteśmy w stanie dokonać niczego w tej sprawie. Spoglądając uważnie za mojego kochanego z bezpiecznej odległości dostrzegłam, że udaje się do budynku, w którym znajdowały się nasze archiwa. Ruszyłam więc bezszelestnie za nim.
Rafael wszedł do środka, a ja zostałam na zewnątrz. I tak wyczuwałam jego obecność dzięki wyostrzonym przez wampiryzm zmysłom, więc mogłam stać na posterunku.
Przez dłuższy czas kompletnie nic się nie działo. Już dawno zrobiło się ciemno, więc w swoich czarnych ubraniach byłam niewidoczna. Nagle zauważyłam, jak w kierunku budynku ktoś się zbliża. Skupiłam na nim całą swoją uwagę i obserwowałam.
Nie widziałam go tu nigdy, więc bez wątpienia był to ktoś obcy. Skradał się doskonale i uważnie obserwował otoczenie. Wiedział, co robi, nie był głupi, pomyślałam. Wyraźnie zauważyłam, że trzyma broń. Cholera, syknęłam w myślach. W tym momencie mężczyzna wszedł do budynku. Odczekując stosowną chwilę, ruszyłam za nim.
Szukałam go przez chwilę nie wiedząc, gdzie mogę go znaleźć. Potem usłyszałam wyraźne głosy... Jego i Rafaela. Ruszyłam w tamtym kierunku.

- Zostaw to i łapy za głowę – mężczyzna warknął na Rafaela. - Nie masz prawa tutaj przebywać... Nie masz prawa, krwiopijco!
- Spokojnie... Chciałem tylko porozmawiać... Nie planowałem nikogo uśmiercać – powiedział cicho i spokojnie Rafael. - Proszę, porozmawiajmy... Rozumiem, że wiele wycierpiałeś przez wampiry, ale nie każdy z nas jest zły. Gdybym był opętany przez złe moce, już dawno wszyscy by nie żyli.
- Zamknij się pijawko – usłyszałam znów tego mężczyznę, a po chwili głuchy dźwięk uderzenia w ciało. Musiał skopać Rafaela... - Nie powinni was tutaj w ogóle przyjmować! Przyciągacie jedynie problemy! Wybiję was wszystkich! Wszystkich co do joty! - wrzeszczał facet. Na pewno mierzył w niego bronią... Bez wątpienia w głowę... Spuściłam wzrok i spostrzegłam małą torbę, leżącą na ziemi. Szybko do niej zajrzałam i znalazłam w środku jakieś strzykawki. Cholera, to musi być to, czym uśpili wtedy Rafa! Pokręciłam głową z niedowierzaniem i zabrałam jedną z nich. Może się przydać, pomyślałam...
- Nie. Nie możesz – odparł pewny siebie Rafael, a ja niemal czułam jak w myślach daje mi znak, bym teraz to ja zaczęła działać.

Bezszelestnie wsunęłam się do pokoju. Czułam, jak oczy zachodzą mi krwią, a moje ciało się zmienia... Z tego wszystkiego czułam, że nieznacznie się przemieniłam... Szlag by to! Szybko zamachnęłam się rękoma i z całej siły zdzieliłam tego mężczyznę kijem baseballowym w głowę. Oddychając ciężko, odkopnęłam broń mężczyzny w kąt, a Rafael szybko chwycił pistolet w rękę i zabezpieczył go. Ja pochyliłam się nad facetem i wbiłam mu w szyję strzykawkę w szyję.
- To tak na wszelki wypadek – odparłam i poczułam wszechogarniająca mnie ulgę, że Rafael jest cały i zdrowy. Moje ciało wróciło do całkowicie ludzkiej formy.
- Nie za dużo, kochanie? - odparł Rafael, wstając z podłogi i otrzepując swe ubranie. 
- Zdecydowanie nie – odparłam głucho i bez jakichkolwiek emocji. - Zasłużył na znacznie więcej – dodał cicho a po chwili rzuciłam się na Rafaela, z całych sił go przytulając.
- Rikita, spokojnie, jestem tutaj – odparł, ogarniając mnie szybko swoimi ramionami i tuląc do siebie. - Nic mi nie jest, żyję, mamy go – dodał, głaskając mnie uspokajająco po plecach.
- Bałam się, tak strasznie się bałam... - oderwałam się od niego i popatrzyłam mu w oczy. - Wiesz chociaż, kim on jest?
- Przeglądałem dokumenty dotyczące ludzi skrzywdzonych przez wampiry. Według papierów, które znalazłem, nazywa się Nick Johnson. Ma niecałe trzydzieści lat. Kilka miesięcy temu, w wyniku nieszczęśliwego wypadku, zmarła jego żona i ośmioletnia córka.
- O cholera... - westchnęłam i spojrzałam na ledwo żywego osobnika, który leżał na ziemi.
- Nieźle go potraktowałaś – powiedział z uznaniem i pocałował mnie czule.
- Wiem, dzięki – uśmiechnęłam się i odwzajemniłam całusa.
- To co teraz? - odparł,odrywając się ode mnie po chwili.
- Przesłuchanie. Zabierz go, ja nie mogę na niego patrzeć. Pójdę przygotować jakąś salę – odparłam, znów go całując, i wyszłam z pomieszczenia.

**Cztery godziny później** 

Facet wybudził się po półtorej godzinie, a od ponad dwóch Rafael go przesłuchiwał. Ten cały Nick był wyjątkowo oporny, nie działały na niego żadne metody przesłuchań. Cały czas, odkąd się obudził, milczał i nie wypowiedział ani jednego słowa. Co mogliśmy zrobić? Jedynie czekać...
Chodziłam w tę i z powrotem przed pomieszczeniem, w którym Rafael i Aiden przepytywali naszego „gościa”. Nagle usłyszałam, jak mówi...

- Odwalcie się ode mnie, nic wam nie powiem! - wykrzyczał.
- Taki jesteś pewien? - wychrypiał zdenerwowany już Andersen.
- Daj mu spokój – odparł Rafael. - Nic ci nie zrobimy. Powiedz, po co to wszystko – powiedział, zwracając się do tamtego typa.
- Walcie się. Pracuję na zlecenie. Ale nigdy go nie znajdziecie, nigdy – odparł facet i znów zamilkł.
Dalsze słowa w ogóle do niego nie docierały. Weszłam po cichu do pomieszczenia w momencie, gdy Raf i Aiden stali tyłem do Johnsona, żywo nad czymś debatując. A ja mogłam jedynie obserwować, jak nasz więzień wstaje, biegnie w kierunku okna i wyskakuje przez nie. Szybko podeszłam do krawędzi, przy której leżały roztrzaskane odłamki szkła z okna i spojrzałam w dół. 

- Bez wątpienia nie żyje... - odparłam cicho, spoglądając na roztrzaskaną głowę przybysza i krew, która rozlewa się wokół niej.
- Jasna cholera... - powiedział nasz przywódca-, zakładając ręce za głowę i odwracając się od tego widoku.
- Wszystko się schrzaniło – dodał Rafael- przytulając mnie od tyłu.
- Bez wątpienia... - westchnęłam, łapiąc go za ręce. - Co teraz zrobimy?
- Mam pewien plan, ukochana – dodał i ucałował mnie w szyję.

 


Rafael, co robimy ze zwłokiem? :c I, kochanie, jaki masz plan? :3

środa, 19 czerwca 2019

Czystka Wakacyjna

ZAGROŻONE POSTACIE:
- Alice Chamberi.
- Ana Balanchine. 
- Darlene Kanakaris. 
- Detlef Friedrich Zussman.
- Clancy Gray.
- Lennox Castle.
- Parker Blackleach.
- Renee Ioana Cole.
- Ruslan Reznov.

Zagrożeni mają czas na napisanie opowiadania do dnia 30 czerwca, w przeciwnym wypadku zostaną oni wydaleni. 

Od Fallon cd Eri

Pytanie Echo zbiło mnie nieco z tropu. Od tak dawna nikt nie pytał mnie o dom, że aż poczułam się dziwnie. Szczególnie, że musiałam wrócić do wspomnień sprzed wojny.
– Było… jak w bajce. – Westchnęłam. – Spokojne życie, bycie kapitanką drużyny, dziewczyna, kochający rodzice… stypendium i studia… wszystko miałam mniej więcej zaplanowane, ale nie bałam się zmienić planów, gdyby tak było trzeba. No i było przyjemnie chłodno, a nie w chuj chłodno. Dało się żyć. Było spokojnie. Cicho. Mało ludzi decydowało się tam mieszkać. Czasami, w zimę, odwoływali nam lekcje, bo nawaliło tyle śniegu, że nie dało się dojechać. Czasami można było spotkać dzikie zwierzęta. Czasami… czasami tęsknię bardziej niż zwykle.
– To nic dziwnego. – Dziewczyna kręciła się chwilę, aż obydwie mogłyśmy położyć się wygodnie i grzać nawzajem. – Brzmi jak fajne, poukładane, spokojne życie.
– W sumie takie było. Przynajmniej dla mnie. – Zmarszczyłam lekko brwi. – Po rozpoczęciu walk dowiedziałam się, że moi rodzice tak naprawdę byli tajnymi agentami i dlatego musieliśmy uciekać.
– W naszej armii? – Uniosła brwi dziewczyna.
– Tak. – Kiwnęłam głową. – Rosjanie zastrzelili ich, kiedy uciekaliśmy. Dwa, może trzy tygodnie po rozpoczęciu wojny. Potem trafiłam do dziadka. To moja jedyna rodzina.
– A dziewczyna? – Blondynka popatrzyła mi w oczy.
– Nie widziałam jej od wybuchu wojny. – Westchnęłam. – To długo. No i wojna. I ja, i ona na pewno się zmieniłyśmy. Nie wiem, czy będziemy w stanie dalej się dogadać. To kim stałam się w czasie wojny odbiega od tego kim byłam i kim chciałabym być.
– Bo wojna to sucz. – Dziewczyna zamknęła oczy. – To może opowiesz mi coś weselszego? Wiesz, wolę nie mieć koszmarów.
– Nie wiem czy bajki pomogą. – Skrzywiłam się lekko.
– Nie, ale lubię się oszukiwać, że tak. – Uśmiechnęła się dziewczyna.
– Pozytywnie. – Skwitowałam ze śmiechem, a potem, poprawiając kurtkę, zaczęłam opowiadać dziewczynie o przygodach rudowłosej Meridy.
***
– Wychodzi na to, że wschód jest tam! – Wskazała ręką Echo. – Brawo Fall, masz wyczucie.
– Chyba szczęście. – Westchnęłam i ruszyłam za dziewczyną. – Obydwie mamy szczęście. Może w naszym obozie zamieszkały jakieś Bożątka.
– Co to jest Bożątko? – Zdziwiła się dziewczyna.
– W mitologii słowiańskiej duch opiekuńczy domu. – Wzruszyłam ramionami. – Wiesz, dokarmiasz go resztkami ze stołu, a on chroni dom przed złem.
– Ciekawa opcja. – Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. – Chciałabym mieć takie na wyłączność.
– Spróbuj zostawić trochę jedzenia w swojej kwaterze, może masz. – Zaśmiałam się.
– Prędzej zje je ktoś, kto będzie wybitnie głodny. – Skrzywiła się dziewczyna. – Wolę zjeść całą swoją porcję.
– Więc nie narzekaj, że nie wiesz, czy masz ducha opiekuńczego. – Poklepałam ją po ramieniu. – Ruszasz gdzieś?
– Pewnie do obozu. – Westchnęła. – Nie chce mi się, ale chyba nie mam wyjścia.
– Pomyśl, że tam jest trochę bezpieczniej. – Uniosłam kącik ust. – A jak nie, to zawsze znajdziesz mnie u Aniołów.
– A podobno to ja spadłam z nieba. – Dziewczyna się roześmiała, a potem zniknęła za zakrętem prowadzącym do jej obozu.
***
– Twój dziadek wysłał mi list. – Stałam właśnie w lokum Aidena i patrzyłam na kawałek kartki, która leżała przed nim. – Nie czytałem go, ale Max jest moim przyjacielem i wolałbym, żebyś przeczytała go tu.
– Dobrze. – Kiwnęłam głową i wzięłam do ręki papier.
Szybko prześledziłam eleganckie litery, które na pewno postawił dziadek. Ich sens jeszcze nie do końca do mnie docierał, ale z każdą chwilą przebijał się do mojego umysłu.
– Co się dzieje? – Mężczyzna popatrzył na mnie zaciekawiony.
– Mój dziadek jest bezpieczny. – Złożyłam kartkę. – Tylko chce, żebym wróciła na jakiś czas do niego, bo ma wobec mnie pewne plany.
– Nie możesz się nimi podzielić. – Aiden pokiwał ze zrozumieniem głową. – No dobrze. Tylko uważaj na siebie. Na Alaskę i z powrotem to długa droga.
– Mam nadzieję, że z powrotem będzie mi towarzyszył dziadek. – Uśmiechnęłam się nikle i po krótkim skinieniu głową wyszłam z namiotu.
***
– Możesz to przekazać Echo? – Podałam kartkę Justice.
– List? Jak romantycznie. – Zironizowała. – Ale okej. Mogę jej go dać.
– Dzięki. – Uniosłam kącik ust. – I jakoś nie sądzę, żeby to było romantyczne. Znamy się tylko.
– Nie wnikam. – Ciemnowłosa znów zmieniła się w lisa. Co prawda nie napawało to już tak ogromnym niepokojem, ale wciąż było… niestandardowe.
– Do zobaczenia. – Pomachałam jej jeszcze i ruszyłam w drogę na Alaskę.

sobota, 15 czerwca 2019

Od Justice cd Eri

Droga do obozu Przemytników nie była zbyt długa, a Fallon wyjaśniła mi ją bardzo dokładnie. Co oznaczało, że mogłam ją pokonać jako kitsune. Aiden już się przyzwyczaił, a Victoria często wykorzystywała to jako łatwy sposób przekazywania ważnych przesyłek. Mam nadzieję, że szybko znajdę Angela Turnera. Jakoś nie miałam ochoty przebywać wśród ludzi. Gdy tylko zobaczyłam wesołe miasteczko, znów stałam się człowiekiem. Potem wolnym krokiem ruszyłam przed siebie. Po przekroczeniu linii obozu, nieco się zgubiłam. Był większy niż nasz… uratował mnie dopiero widok błękitnych pasemek.
- O, mięso! - Podeszłam do dziewczyny i, grubszego niż ostatnio, kota. Byłby dobrą kolacją. - Cześć.
- Hej. - Odpowiedziała Echo, a zwierzę podeszło do mnie i zaczęło się ocierać. Mięso nie powinno tak robić.
- Zostaw! - Postanowiłam przejść kawałek dalej. Nic nie dało, kot podążył za mną.
- Pamięta cię. - Blondynka uśmiechnęła się zadowolona.
- Ja go też, miał być kolacją. - Popatrzyłam na niego z pogardą. - Choć trochę urósł, więc teraz byłby lepszą kolacją.
Echo westchnęła zrezygnowana i popatrzyła na mnie. Założyłam ręce, bo tym razem nie mogła się ze mną nie zgodzić. Chyba to zrozumiała, bo nawet się nie zająknęła.
- Więc… gdzie znajdę Angela Turnera? - Rozejrzałam się dookoła.
- Pewnie jest w swoim namiocie. - Zauważyła dziewczyna.
- Czyli gdzie? - Przekrzywiłam głowę.
Blondynka westchnęła i podniosła się, chyba chcąc wskazać mi drogę. Nie mając innego wyjścia, ruszyłam za nią. A za nami mięso.
- Lubi cię. - Zauważyła, kiedy kolejny raz kot otarł się o moją kostkę.
- Lubiłabym go z sosem, albo tofu. - Prychnęłam i odsunęłam go stopą. Nic to nie dało. Wrócił, jak ufne młode do matki. - Ugh, jesteś wkurzającym mięsem!
- Chyba musisz się do niego przyzwyczaić. - Dziewczyna stanęła przed dużym namiotem i ręką wskazała wejście. - To tutaj, Angel powinien być w środku.
- Dzięki. - Kolejny raz odsunęłam kota i bez pardonu weszłam do środka. Paczka sama się nie dostarczy, a szkoda.
***
- Było strasznie? - Echo czekała ciągle przed namiotem.
- Zależy jak definiujesz strach. - Wzruszyłam ramionami i przeciągęłam się delikatnie. Moja ludzka forma powoli zaczęła mi doskwierać. - Mogłabym go bez problemu zaatakować, gdyby mi zagroził, więc…
- Nie było strasznie. - Uśmiechnęła się.
Pokiwałam głową i wolnym krokiem ruszyłam do wyjścia. Blondynka ciągle trzymała się blisko, a za nami szło mięso. Chyba żądało mojej uwagi, ale jedyne co dostawało, to odsunięcie nogą.
- Może chcesz go zabrać? - Dziewczyna popatrzyła na mnie wesoło.
- Co? Mięso? W końcu mogę go zjeść? - Spytałam z nadzieją.
- Nie! - Oburzyła się Echo. - Możesz się nim zająć.
- Dlaczego mam zajmować się mięsem? - Uniosłam brwi.
- Bo wtedy nikt inny go nie zje. - Założyła ręce.
- Dlaczego tak ci zależy, hm? - Zatrzymałam się naprzeciwko niej.
- Bo to mały słodki kotek! - Podstawiła mi go pod nos. - Możesz go nazwać Mięso, jeśli chcesz. Ale go nie jedz.
- Dobra. - Wzięłam od niej zwierzaka, a potem popatrzyłam na niego. - Jak nie będziesz dokładał się do kolacji, to sam staniesz się kolacją, jasne?
Podejrzewam, że to purr, było potwierdzeniem moich słów. A przynajmniej na to liczyłam.
- No dobrze Mięso, wracamy do domu. Jak nie dasz rady, zostawię cię na żer. - Wyszłam za bramę obozu i odwróciłam się do Echo. - Jakbyście mieli coś do załatwienia u Aniołów to zapraszam. - Potem odłożyłam kota, zmieniłam się w kitsune i zniknęłam w krzakach.
Mięso po chwili znalazło się obok i zaczęło miauczeć. Kiedy zrobiło się nieznośnie, stanęłam i wyszczerzyłam kły. Kot skulił się i tyle. Przewróciłam oczami i wzięłam go za sierść na karku, jak matka młode, a potem ruszyłam do siebie. Trochę przed bramą obozu zatrzymałam się i zmieniłam w człowieka. Mięso musiało sobie radzić samo, ale teraz mu wychodziło.
- Paczka dotarła? - Victoria zmaterializowała się obok.
- Tak. - Pokiwałam głową i oddałam jej kartkę.
- A ten kot? - Popatrzyła na zwierza.
- Mięso? Obiecałam Echo, że ją wezmę. Ale jak nie będzie łapać szczurów na posiłek, to samo stanie się kolacją. - Wzruszyłam ramionami.
Victoria z rozbawieniem pokiwała głową i ruszyła do siebie. Już miałam się zmieniać, ale na horyzoncie zauważyłam Fallon.
- I jak się udała wycieczka? - Spytała dziewczyna.
- Dobrze. - Wzięłam Mięso na ręce. - Mam oswojone mięso. Nazywa się Mięso.
- Cudownie. - Zaśmiała się, ale potem spoważniała. - Właściwie to chcę się pożegnać.
- Do zobaczenia. - Uniosłam kącik ust. - Wróć jak najszybciej.
- Z tobą wszystko jest takie proste? - Zachichotała.
- Staram się. - Wzruszyłam ramieniem. - Nie pachniesz jak stuprocentowy człowiek, więc dasz radę.
- To komplement? - Uniosła brwi.
- Tak sądzę. - Ruszyłam z nią do bram obozu. - Uważaj na tą ludzką część ciebie.
- Odprowadzisz mnie kawałek? - Zapytała.
Z uśmiechem zmieniłam się w kitsune, schowałam Mięso do nory i ruszyłam z dziewczyną. Na pewno jeszcze się spotkamy.
***
Leniwy dzień w obozie miał swoje plusy. Nikt nie narzekał, że ja i Mięso wylegujemy się na trawie. Co prawda Aiden miał dla mnie jakieś plany, ale dopiero po trzeciej. Jedyne co mi pozostało to czekać.
- Widzę, że Mięso ma się dobrze. - Uniosłam powieki, żeby zobaczyć Echo.
Ponieważ ciągle byłam w formie lisa, tylko ziewnęłam, a kot przysunął się bliżej. Całe szczęście na razie przynosił szczury, które wspomagały zapasy obozu. Więc mógł tam być.

Eri? Mięsko!

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Od Colina cd. Mirandy (+18)

- Nawet nie wiesz jak cię kocham lwico - zbliżyłem do siebie nasze ciała, które w równej mierze pragnęły takich samych doznań. Po rozpięciu paska trzymającego w ryzach jej spodnie, ułożyłem ją na wygodnym łóżku, gdzie wspaniale wyeksponowała swoje boskie ciało - Kusisz mnie skarbie - przesunąłem dłońmi wzdłuż jej brzucha, zahaczając przy tym o jej delikatnie wystające żebra. Słysząc wydobywające się z ust damy mruczenie, ucałowałem kilkukrotnie blada szyje, która z czasem przybrała różowy kolor.
- Ty też kusisz kotku - zaczęła odpinać guziki mojej koszuli, co zamiast przynieść mi rozkosz, wrzuciło mnie do świata pełnego bólu.

Siedząc na drewnianym krześle, wsłuchiwałem się w niewyraźny, niemiecki bełkot, który odbijał się od ścian niczym biała piłeczka pingpongowa. Nie mogąc się ruszyć, próbowałem wyostrzyć swój wzrok, dzięki czemu mogłem dostrzec na ziemi niewielkie plamy zaschniętej krwi. 
- Colin, Colin, Colin... Powiesz nam coś w końcu? - nieznany brunet nastawił moją twarz w taki sposób, abym spojrzał w jego brązowo-niebieskie ślepia - Chyba przesadziliśmy z dawką Andrew. Oni wszyscy wyglądają jakby naćpali się dużo gorszego syfu niż im zapakowaliśmy - westchnął zdegustowany, pocierając kciukiem mój policzek - Colin no powiedz nam coś - nie odpuszczał, pragnąc wydusić ze mnie niezwykle długie informacje - Do cholery! Musisz nam coś powiedzieć! - kopnął mnie w brzuch, co zapewniło mojemu ciału upadek na zimną posadzkę.

- Colin? Wszystko dobrze? - Miranda złapała mnie za nagie ramiona, na których widniało już kilka krwawych malinek - Dziwnie osłabłeś... Jeśli nie chcesz, nie musimy tego robić - rzekła z zamiarem wycofania się, lecz moje zwinne ręce stanowczo jej na to nie pozwoliły.
- Chcę - szepnąłem kusząco do jej ucha, pozwalając przy tym sobie na pozbawienie mojej ślicznotki stanika - Po prostu miałem chwilowe zawieszenie. To już się nie powtórzy - skierowałem rękę w stronę ostatniej przeszkody, która zakrywała jej przepiękne ciało - Zaufaj mi.
- Ufam ci - odparła automatycznie, unosząc z lekkością swoje biodra, co pomogło mi w spełnieniu aktualnej czynności. Czarna bielizna wylądowała na samym środku zaciemnionego pokoju, który z ogromną starannością zakrył popełnioną "zbrodnię". Całując z czułością jej brzuch, błądziłem wolną ręką po jej wrażliwych strefach, które pod wpływem dotyku, przyniosły światu pierwsze jęki jasnowłosej. Zadowolony z takiego obrotu spraw, wróciłem palcami do jej kobiecości, w której stopniowo się zagłębiałem.
- Kocham cię - zetknąłem swoje usta z jej czołem, kiedy mój sprzęt wślizgnął się do jej ciała, idealnie ją wypełniając. Uważając na jej delikatne wnętrze, poruszałem powoli biodrami, wsłuchując się w towarzyszącą temu symfonię rozkoszy. Zadowolony ze swoich poczynań, delektowałem się obecną chwilą, która mogłaby trwać dla mnie wiekami.

- Bądź grzeczny chłopcem i powiedz nam gdzie są magazyny - kolejne uderzenie wymierzone prosto w brzuch, spowodowało wyplucie na podłogę niewielkiej ilości krwi - Powiesz nam grzecznie wszystko co chcemy, a my wypuścimy ciebie na wolność. To jak? Umowa stoi? - posmyrał mnie palcem w okolicy skroni, co nie wywołało u mnie żadnej reakcji. 
- Daj mu spokój - odezwał się jego towarzysz, odciągając go ode mnie - Jest nawalony w trzy dupy, a ty nadal chcesz coś z niego wycisnąć? Daj spokój! Mamy przecież dwóch innych do przesłuchania, którzy myślą trzeźwiej niż on. No chodź już - pogłaskał go czule po ramieniu, co mogło wskazywać na to, iż łączy ich nieco głębsza relacja niż zwykłe koleżeństwo.
- Zake, daj mi jeszcze pięć minut. Obiecuję, że z niego coś wycisnę. Potrzebujemy jedzenia, a oni mają go stanowczo za dużo. Powinni się z nami podzielić - zacisnął chwilowo pięści - Jak tak dalej pójdzie to wszyscy pomrzemy z głodu, a na to pozwolić nie mogę - dorzucił, stopniowo się rozluźniając.
- Wiem, wiem. Damy sobie radę - niższy posłał mu szeroki uśmiech - Bądź po prostu cierpliwy.
- Będę - podszedł do mnie jeszcze raz, lecz tym razem zamiast stanąć za moimi plecami, ukucnął tuż przed moimi nogami - Colin, proszę... Chociaż jedna informacja...
- Aubum... Aubum... - powiedziałem cicho, męcząc się jeszcze bardziej niż zwykle. 

- Jesteś cudowny Col - moja miłość wplotła dłoń w moje przydługawe włosy, aby ułożyć je w artystycznym nieładzie. Ponownym powrót do świata żywych, był dla mnie równie szokujący, co zobaczona przed chwilą scena. Jak mogłem zdradzić własny obóz?! Przecież to takie nie logiczne. Ci ludzie potrzebowali pomocy, ale nie w taki sposób. Czułem się teraz niczym oszust, który potrafi zdradzić sekret najlepszego przyjaciela.
- Ty byłaś cudowniejsza - rzekłem, ukrywając w głębi swojej duszy wszystkie, towarzyszące mi niepokoje - Wiesz... Chciałbym zacząć jutro poszukiwania tych ludzi... Co prawa nie wiemy kim oni są, ale warto ich odszukać. W końcu nie wiadomo czego od nas chcieli - rozmasowałem zaczerwieniony kark, który pod wpływem nacisku cicho chrupnął.
- To będzie niebezpieczne... Martwię się o ciebie... -  przywarła do mojego boku, oplatając mnie przy tym swoimi nagimi nogami - Nie chce, żeby stała ci się krzywda.
-  Nie stanie mi się - objąłem ją ramieniem, przyciskając ją mocniej do swojego ciała - Jeśli nas wypuścili, to oznacza, że może nie są do końca tacy źli... Może potrzebowali tylko czegoś do przeżycia? Musimy ich odnaleźć. Po prostu musimy.

<Miranda? ^.^ W końcu jest! :3>

poniedziałek, 20 maja 2019

Od Mirandy cd. Colina

Colin zdecydowanie zbyt mocno przejmował się tym wszystkim, co mi się przydarzyło. Nie byłam na niego zła, bo nie miałam kompletnie żadnego powodu ku temu. Jednak mocno przygnębiało mnie to, że on się w ogóle o mnie martwi. Jakby nie patrzeć, w sytuacji, w której się znaleźliśmy, odniesienie ran było więcej, niż prawdopodobne. Tym razem przytrafiło się to mi. Kocham mojego obrońcę, ale to, że tak przejął się moim uszczerbkiem na zdrowiu, wprawiało mnie w smutek. Nie dawałam jednak tego po sobie poznać i pozwoliłam mu się opatrzeć. Opieka, którą otoczył mnie Colin nie umknęła uwadze Jasona. Bo jakżeby inaczej? Wydarł się na niego bez wiadomej przyczyny, ale mój ukochany w ogóle się tym nie przejął. Nie było zresztą ku temu powodów.
Gdy wróciliśmy do obozu, Aitkens siłą zaciągnął mnie na oddział medyczny. Muszą cię opatrzeć, Mir, jesteś ranna, mówił. Próbowałam się bronić, przecież nasz sekret bez żadnych problemów w krótkim czasie zaleczy wszystkie moje rany i obrażenia. Colin uparł się jednak, że muszą się porządnie mną zająć. A ja, uparta jak wół, musiałam się na to zgodzić. Pocałowałam go słodko w to jego nadąsane czółko i, dla świętego spokoju, pozwoliłam innym lekarzom się mną zająć. Czułam się z tym głupio, ale wiedziałam, że to go uspokoi. Kochany z niego głupek.

*Dwa dni później* 

Cały czas męczyło mnie to, co ostatnio przytrafiło się chłopakom, w tym mojemu ukochanemu, podczas patrolu... Niby to był standardowy patrol, jednak miałam wrażenie, że to wszystko za długo trwało, że zniknęli na zbyt długo... Wiedziałam, że Colin poszedł pisać raport. Postanowiłam się zobaczyć jak mu idzie i udałam się do biura.
Wśliznęłam się do środka. Siedział przy biurku, chowając głowę między ramionami.

- Kochanie? Wszystko dobrze? - zapytałam, stając za nim. - Zniknąłeś na tyle godzin... Martwiłam się – dodałam, głaskając go po plecach. Zajrzałam mu przez ramię. Raporty i tabelki był puste. Czyli nadal nic... - Znowu cię to dręczy?
- Jak cholera – westchnął i oparł głowę na moim ramieniu. - Wszystko wyparowało mi z umysłu... Inni też nic nie wiedzą... Boję się, że doszło tam do czegoś poważniejszego, niż sobie wyobrażamy. To nie był przypadek, iż każdy z nas nie pamięta tej misji. Ktoś musi za tym stać.
- Słuchaj... - powiedziałam cicho, patrząc mu w oczy. - Możemy się dowiedzieć, jak to się stało... Nie chciałam ci tego wcześniej proponować. Mógłbyś się czuć źle, że wchodzę ci do głowy – mówiłam cicho, że ledwo mógł mnie słyszeć.
- Miranda, skarbie – złapał mnie za ramiona i pogładził, dodając mi odwagi. - Mogłaś od razu mi o tym przypomnieć. Wiem, że jesteś w stanie to zrobić. Pytanie, czy tego chcesz – spojrzał mi w oczy, uśmiechając się zachęcająco.
- Tak, chcę.. - odrzekłam cicho.

Złapałam go za ramię i zamknęłam oczy, skupiając całą swoją uwagę na tym, co stało się na tamtym patrolu. Po chwili widziałam już wszystko, jakbym po prostu tam była...

Wczoraj 

Colin, Clay i Jason szykowali się do patrolu. Ja stałam z boku, jak duch, i obserwowałam każdy ich ruch. Nie działo się nic podejrzanego. Wybierali się na tereny graniczne Duchów i Demonów. To miał być zwykł patrol. Choć nie do końca bezpieczny, skoro zapuszczał się w okolice terenów wrogiego obozu. Wcale nie było tak, że się o niego bałam, chociaż było po wszystkim i wiedziałam, że nic poważnego się mu nie stało. Prócz tego, że nic nie pamiętał... Gdy wszystko było już spakowane, panowie zarzucili plecaki na plecy i ruszyli równym krokiem na patrol. Udałam się za nimi.
Bez problemu dotrzymywałam im tempa. Podążałam za nimi, jak Duch. Wszystko wyglądało normalnie. I standardowo. Uważnie rozglądali się na boki i sprawdzali wszystko, co wydawało się im podejrzane. Nigdy nie miałam okazji być na takim patrolu, w końcu byłam tylko lekarzem. Zawsze byłam ciekawa, jak to wszystko naprawdę się odbywało. Nic nie wskazywało na to, by coś miało się wydarzyć. Zbliżający wieczór zapowiadał się spokojnie i bezproblemowo. Ta, powiedziałabym, że nawet zbyt spokojnie.
Nagle Clay podszedł w jakieś miejsce i zaczął uważniej się rozglądać. Stałam przy Colinie i Jasonie, którzy akurat milczeli. Po tym, jak wydzierali się na siebie, gdy wróciliśmy z zapasami, wcale mnie to nie dziwiło.

- Chłopaki, chodźcie tu! - zawołał po chwili Clay.
- Czekaj, już idziemy – odparł mój ukochany i mrożąc wzrokiem Jasona, ruszył do kolegi. Ten dzban po chwili sam tam poszedł.
- O co chodzi? - zapytał Hayes, gdy stanął obok reszty.
- Patrzcie... Tutaj coś leży. Nie wiem, wydaje mi się to dziwne – odparł Clay i wskazał na ziemię. Spojrzałam tam i zobaczyłam jakąś paczkę. Starannie zapakowaną i mocno niepozorną. Błagam, nie otwierajcie tego, krzyczała moja podświadomość. Ale co z tego, skoro o i tak nie miałam wpływu na to, co się dzieje.
- Cóż, masz rację... W końcu co tak bez niczego, w dodatku w lesie, robi taka mała, niepozorna, ale wyglądająca bardzo dobrze paczka? - pomyślał Colin i spojrzał po reszcie. Skarbie, to pułapka!
- No właśnie... - westchnął Jason i wziął zawiniątko do rąk. - Może komuś wypadło?
- Tak, na pewno... - wysyczał mój ukochany. - Ktoś zgubił.
- Colin, daj spokój... - westchnął Clay. - Aczkolwiek podzielam twoje zdanie. To się bez powodu tu nie znalazło.
- Cóż, zaraz się przekonamy – dodał Jason i otwarł paczkę. Debil, do debil, wiadrodzban, westchnęłam w swojej głowie. W momencie, gdy Hayes otwarł paczkę, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Z paczki wydostał się dziwny dym, a chłopacy, wszyscy, ja jeden mąż, zaczęli się dusić i dławić. Padli na kolana, dalej kaszląc jak oszalali. Matko, nie, nie, nie.... Po chwili każdy z nich, jak mały bobasek, zasnęli. Co to było za gówno, pomyślałam. Bez wątpienia jakiś środek usypiający. Ale po co? I przez kogo została zastawiona ta pułapka? Długo nie musiałam na to patrzeć, bo z lasu wyszła nagle piątka ludzi. Podeszli do leżących na ziemi i śpiących Duchów.

- To oni? - zapytał jeden? - Na nich czekaliśmy?
- Tak, są z Duchów. I tak, to oni – odparł inny.
- Zabieramy? - zapytał trzeci.
- Bez wątpienia – odparł drugi z mężczyzn i zaczął obszukiwać chłopaków.
- Będą ich przesłuchiwać? - zapytał kolejny.
- O tak. Przecież o to nam chodziło, nie? - zapytał ten, który zaczął przeszukanie.
- No właśnie. Chcieli, byśmy złapali kogoś z Duchów – wtrącił się do rozmowy ten, który dotąd milczał. - A tu proszę, taka okazja. I nasza przynęta nawet zadziałała – dodał i znów zamilkł.

Po dogłębnej rewizji mężczyźni wzięli nieprzytomnych i zaciągnęli ich w nieznanym mi kierunku. A mnie wyrzuciło ze wspomnienia...

Teraźniejszość 

- Miranda, co się dzieje? - zapytał zaniepokojony Colin, podtrzymując mnie i chroniąc przed upadkiem.
- Nic... - odparłam, chwytając się go mocno. - Wiesz, ze moje moce mają pewne ograniczenia. I wyrzuca mnie ze wspomnienia.
- Wiem, wiem... - westchnął zmartwiony. - Na pewno wszystko ok?
- Tak, tak – odparłam i ucałowałam go czule.
- A to za co? - zaśmiał się i posadził mnie sobie na kolanach.
- Za to, że jesteś – uśmiechnęłam się.
- A więc... Co zobaczyłaś?
- Byliście na patrolu, standard. Ty, Clay i Dzban. Ruszyliście na pogranicze terenów naszych i Demonów. Wszystko było ok, dopóki Clay nie znalazł w lesie jakiejś paczki – zaczęłam swoją opowieść.
- Paczki? Czyli jednak dobrze podpowiadała mi moja głowa... - podrapał się po brodzie z kilkudniowym zarostem*. - I co, co było z tą paczką?
- Po prostu sobie leżała. Była starannie zapakowana. Aż dziwne, że tak niepozornie wyglądający pakunek znalazł się w lesie, tak o – dodałam, patrząc na niego. - Zaczęliście się kłócić o to, jak to się tam w ogóle znalazło. Jason pomyślał, że ktoś zgubił, a ty i Clay mówiliście, że to na pewno nie przypadek. No to wasz dowódca paczkę wziął i otworzył. A wtedy... - urwałam w pół zdania, bo nie wiedziałam, jak mu o tym powiedzieć.
- Skarbie, co się działo potem? - zachęcił mnie łagodnie do dalszej odpowiedzi, trzymając mnie za dłoń.
- Z paczki wydostał się jakiś dym. Zaczęliście się dusić i kaszleć, jakby... - zabrakło mi tchu z przerażenia, ale nie na długo. - Upadliście na ziemię i zasnęliście jak małe dzieci.
- A to chyba, kurwa, jakiś żart... - zaklął Colin. - Pułapka, ktoś zastawił na nas pułapkę!
- Tak, bez wątpienia... - westchnęłam i wtuliłam się w jego ramię. - Chwilę leżeliście, a potem nagle przyszli jacyś ludzie. Mówili, że na was czekali, że to właśnie was mieli złapać. Ktoś chciał was przesłuchać, więc przeszukali was i zabrali. W jakim kierunku, nie wiem, jeśli o to chcesz zapytać – popatrzyłam na niego smutno.
- Mir, nie smuć się, to nie twoja wina. Tylko na to patrzyłaś, nic nie mogłaś zrobić – pocałował mnie czule i pogładził po drżących plecach.
- Wiem, skarbie, wiem... Ale, mimo wszystko, źle mi z tym...
- Skarbie, nie przejmuj się... - popatrzył na mnie pokrzepiająco. - Dasz radę zobaczyć, co się działo dalej?
- Tak, poradzę sobie – uśmiechnęłam się i ponownie złapałam go za ramię, by wrócić do wspomnienia...

Ponownie dzień wcześniej 

Wróciłam znów do chłopaków na patrolu. Jedyne, co mogłam zobaczyć to to, że leżą na ziemi. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym znaleźli paczkę. Wszyscy obudzili się w tym samym momencie. Usiedli, rozmasowali skronie i popatrzyli po sobie.

- Co się właściwie stało? O co chodzi? I dlaczego łeb napierdala mnie tak, jakbym miał kaca mordercę? - zapytał Jason, usiłując wstać.
- Sam nie wiem... - dodał niemrawo Colin, wstając. - Czemu jestem taki pijany? Przecież nic nie piłem...
- Cóż... Wydaje mi się, że coś piliśmy... - powiedział Clay. - No co, nie patrzcie tak na mnie.
- Ah, te butelki... - wskazał Aitkens na stos butelek po alkoholu, leżących, łapiąc się za głowę. - Chyba nas powaliło... Ciekawe, czyj to był pomysł... - wysyczał i spojrzał na swojego dowódcę.
- Daj już spokój no... - wychrypiał Hayes, unosząc ręce. - Nie wolno pić?
- Ta, jasne... - prychnął mój ukochany. - Pić... Nie zabieraliśmy przecież alkoholu... - dodał w zamyśleniu.
- Ta, może ty nie. Dobra, wracajmy – dodał dowódca i, lekko chwiejnym krokiem, ruszył w stronę obozu. Chłopaki ruszyli za nim. A ja? Ja wróciłam do teraźniejszości...

Ponownie teraźniejszość 

- I co? - zapytał Colin, dalej mnie trzymając na kolanach.
- Wróciłam do momentu, w którym byliście znów na polanie... - westchnęłam, ręką rozcierając bolące czoło. Minus tego wszystkiego...
- Oh, skarbie, nie przejmuj się... - znów mnie do siebie przyciągnął i zaczął tulić.
- Byliście jak pijani. Dzban nawet wspomniał, jakby to był kac.
- Kac? Przecież my nie zabieraliśmy alkoholu...
- Też tak wtedy mówiłeś – popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się. - Ale dyskutowaliście, że chyba raczej na pewno coś piliście. Nawet obok was leżał stos butelek.
- Serio? - zapytał zdziwiony. - Na sto procent nie mieliśmy ze sobą alkoholu. A cały ten nasz umowny kac to musiał być wynik tego dymu. Czyli te butelki i to wszystko... Wszystko musiało być przez tamtych ludzi!
- Sądzisz, że mógł to być ktoś z Trupów albo Demonów? - zmarszczyłam lekko brwi i przetarłam lekko zaspane oczy. - Powinniśmy to zbadać. Richard weźmie za mnie dyżur na oddziale – wstałam i odwróciłam się do niego plecami, ale ten szybko mnie złapał i do siebie przyciągnął. Głupek, pomyślałam, i zaśmiałam się cicho.
- Jak to my? - pocałował mnie lekko w szyję, a z moich ust wydarło się niekontrolowane sapnięcie. - Tam jest zbyt niebezpiecznie. Nie chcę, aby stała ci się jakaś krzywda. Nadal nie mogę sobie wybaczyć tego, co zrobił ci tamten zbir – powiedział i zamilkł, a ja wiedziałam, że dalej się o to obwinia.
- Kochanie... - wymruczałam cicho. - Wszystko się już zagoiło – dodałam, dotykając swojej szyi, na której nie było już najmniejszego śladu po tamtych ranach. - Zaufaj mi. Wszystko będzie dobrze.
- Ale i tak nie spuszczę cię z oka – uparł się Colin. - Doskonale wiesz, że jesteś moim skarbem – dodał, zjeżdżając dłońmi na moje biodra. Wtuliłam się w niego bardziej licząc na nieco więcej pieszczot. - To za ile wyruszamy? I nawet nie myśl, że tym razem znikniesz mi z pola widzenia. Nie ma takiej opcji – zaśmiał się cicho.
- Colin... - wymruczałam zadowolona z jego dotyku. - Dobrze skarbie, nigdzie dalej nie pójdę, obiecuję... - delikatnie ujęłam jego dłoń, nakierowując ją lekko w stronę paska moich spodni. - Wiesz już, co zrobimy? - wymruczałam jak rasowa kotka, spragniona pieszczot swojego właściciela.
- O tak, zdecydowanie... - wychrypiał zadowolony, doskonale odczytując moje zamiary. - Po tym, co mi powiedziałaś po zobaczeniu wspomnienia, mam już plan – dodał, całując mnie po szyi.




* To wcale nie jest tak, że podczas pisania formularza Jasona, przy kwestii zarostu pierwotnie stało jak byk „kilkuletni zarost” xD

Colin? ^.^ Nie za dużo? :C

Od Rafaela cd. Rity

- Musimy poczekać tylko na dobry moment. Teraz chcę nacieszyć się twoją obecnością... Nawet nie wiesz, jak nudno było w tej piwnicy - przejechałem dłońmi wzdłuż jej kręgosłupa, który pokrył się delikatną gęsią skórką. Nie czując żadnego skrępowania, pocałowałem jej zgrabną szyję, która bez najmniejszego zawahania wygięła się przede mną niczym rasowa żmija.
- Nie tutaj Rafael - mruknęła z zadowoleniem, zaplatając swoje ręce na moim karku - Lepiej mów, jaki masz ten plan działania - obaliła mnie na łóżko, przerywając tym samym serie pieszczot, które dla niej zaplanowałem.
- Chcę, aby złapali mnie drugi raz... Wiem, że to może być głupie zagranie, ale w taki sposób będziemy w stanie dowiedzieć się, kim oni wszyscy są. Mnie złapali i tylko uwięzili... Innego wampira mogliby już zabić. Musimy coś z tym zrobić. Jednak bez ciebie nie dam sobie rady skarbie - złapałem ją za rękę, żeby następnie spleść w jedność nasze samotne palce - Nic mi nie będzie. Obiecuję - zapewniłem ją po raz kolejny, co i tak nie uspokoiło zszarganych nerwów Rity. Doskonale rozumiałem to, iż się o mnie martwiła, lecz nie było do tego jakiś szczególnych powodów. Byłem dość odpowiedzialną osobą, dlatego podczas życia w ośrodku wszystkie ważne sprawy lądowały na mojej głowie. Przypilnuj tego, zrób tamto, przynieś siamto... Można by wymieniać w nieskończoność. Na szczęście tamte czasy rygoru już dawno odeszły, a ja mogłem zaznajamiać się z nowymi emocjami, których wcześniej mi zabraniano.
- A jak cię przejrzą i stanie ci się coś gorszego niż podejrzewamy? Nie mogę na to pozwolić. Nie mogę - ciemnobrązowe oko pokryło się warstwą wodnego szkła. Nie mając zamiaru patrzeć na jego rozbicie, scałowałem z powieki niechcianą łzę, hamując przy tym ich słoną lawinę - Musimy wymyślić coś innego. Coś innego! - powtarzała w kółko, wpatrując się w moje zbielałe od przemiany policzki.
- Zaufaj mi, wszystko pójdzie zgodnie z planem najdroższa - przytuliłem ją do swojej klatki piersiowej, w którą ta natychmiastowo się wtuliła. Uśmiechając się delikatnie na ten widok, odgarnąłem z czoła kobiety kilka niesfornych kosmyków czarnego włosa, co zezwoliło mi na późniejszy pocałunek owego czółeczka - Wszystko się ułoży. Potrzebujemy jedynie czasu i odpowiedniej chwili... Nie chcę, aby ta zgraja zagrażała innym wampirom... Boję się, że gdybyśmy puścili to w zapomnienie, pan "Życzliwy" mógłby dopuścić się okropniejszych rzeczy niż zwykłe porwania - powieliłem swoje czarne scenariusze, ponownie podkreślając powody takiej, a nie innej decyzji - Wszystko wypali. Masz moje słowo.
- Wierzę ci - westchnęła z lękiem, uspokajając stopniowo drżenie swoich rąk - Masz na siebie uważać. Nie chcę cię stracić - wyszeptała, nie mając zamiaru mnie puścić. Kiwając na to głową, pogładziłem ją kilkukrotnie po spiętych plecach, które z czasem wróciły do swojej właściwej giętkości. Och kocico... Jak ja bardzo cię kocham... - pomyślałem, pogrążając się całkowicie w miłosnych odczuciach.

*Piętnaście Godzin Później*

Szperając potajemnie w dokumentach Aniołów, bardzo dokładnie porównywałem każdy charakter pisma z tym jaki odcisnął się na znalezionej przeze mnie kartce papieru. Poszukiwania sprawcy postanowiłem zacząć od ludzi najbardziej skrzywdzonych przez naszą nadnaturalną rasę. Eh... No cóż, nie będę ukrywał, iż apokaliptyczny świat nie jest raczej przepełniony jednorożcami, cieszącymi się bachorami i srającymi tęczą ufoludkami. Zabójstwa zdarzały się tutaj dość często, a wiele z nich przypisywano mutantom genetycznym, którzy w poszukiwaniu jedzenia rozszarpywali swoje ofiary na miliony postrzępionych kawałeczków.
- No dalej, dalej - stukałem obcasem o betonową podłogę, co bez dwóch zdań, przyczyniło się do rozprzestrzenienia w pokoju cichego szmeru - Gdzieś to musi być - złapałem w ręce kolejny kolorowy papierek, potwierdzający istnienie niejakiego Nicka Johnsona. Facet miał niecałe trzydzieści lat, a kilka miesięcy temu na skutek nieszczęśliwego wypadku zmarła mu żona oraz ośmioletnia córka. Marszcząc na to brwi, namierzyłem wzrokiem podpis owego jegomościa, który idealnie trafił w przetrzymywany przeze mnie wzorzec - To ty - przygryzłem wargę swoich ust, żeby dokładniej przeanalizować sytuację w jakiej się znalazłem. Miałem już podnosić się z ziemi, gdy nagle zimna lufa mokrego pistoletu została przeciągnięta za jednym zamachem wzdłuż mojego kręgosłupa. 
- Zostaw to i łapy za głowę - męskie warknięcie rzuciło się na mój umysł niczym jadowita żmija, próbująca uśmiercić swoją przyszła ofiarę - Nie masz prawa tutaj przebywać... Nie masz prawa krwiopijco!
- Spokojnie... Chciałem tylko porozmawiać... Nie planowałem nikogo uśmiercać - zniżyłem się powoli do poziomu chłodnej posadzki, dzięki czemu uniknąłem przysłowiowej kulki w łeb - Proszę, porozmawiajmy... Rozumiem, że wiele wycierpiałeś przez wampiry, ale nie każdy z nas jest zły. Gdybym był opętany przez złe moce, już dawno wszyscy by nie żyli - mówiłem ze spokojem, co i tak pogorszyło jedynie moją sytuację.
- Zamknij się pijawko - kopnął mnie w centrum żołądka, powodując u mnie ochotę na zwrócenie całej zawartości żołądka - Nie powinni was tutaj w ogóle przyjmować! Przyciągacie jedynie problemy! Wybiję was wszystkich! Wszystkich co do joty! - wrzeszczał celując do mnie z odbezpieczonej broni, która w każdym momencie mogła wypalić.
- Nie. Nie możesz - rzekłem, wyczuwając niedaleko siebie postać Rity, której pozostawiłem resztę planu działania.

<Rita? :3 Ratuuuuuj xd>