sobota, 23 czerwca 2018

Od Reker'a cd. Leona

Krew zaczęła się we mnie gotować kiedy chłopak powiedział nam o tym, że się nad nim znęcają. Racja, takie sytuacje zdarzały się bardzo często w naszym porąbanym świecie, ale ja nie zamierzałem tego tolerować ani w najmniejszym stopniu. Trzeba się im odpłacić - pomyślałem zacierając ręce w gotowości do dawno nie wykonywanej zabawy. Wiedząc, że szybko nam nie uciekną, poczekaliśmy wraz z Leonem aż Kris zje ze spokojem swoją rację żywnościową, a następnie udaliśmy się spokojnym marszem w stronę sali służącej do treningów samoobrony, ponieważ z tego co pamiętałem biegi ćwiczono głównie na dworze, aby hartować ciała według panującej tam pory roku.
- Spokojnie Kris... Nic ci już nie zrobią - stwierdził Leon widząc małe zawahanie chłopaka przed wejściem do tego "strasznego" pomieszczenia, z którego dochodził znajomy głos Jacka czyli głównego trenera wszystkich żołnierzy. Była to bardzo pogodna postać, ale jeśli z nim się zadarło to nie odpuścił ci nawet jeśli obiecałbyś mu gwiazdkę z nieba. Do dziś pamiętam jak jeden z dzieciaków zalazł mu za skórę i przez całe pół roku na samoobronie niemal umierał z przemęczenia oraz zakwasów, które co dzień rano dawały mu się we znaki. Nie mogąc już się doczekać jak po tej "krótkiej" rozłące wygląda ta stara morda, pchnąłem bez najmniejszej delikatności ciężkie drzwi, które ukazały mi wnętrze ogromnej hali, na której te niedorajdy próbowały nawzajem się obezwładniać.
- Jack! - rzuciłem szybko w stronę bruneta, która na swoje imię zareagował z małym opóźnieniem, lecz kiedy zauważył moją osobę niemal się przeżegnał - Dawno się nie widzieliśmy - zaśmiałem się cicho zmierzając w stronę mężczyzny, który wyglądał jakby układał sobie wszystko powoli w głowie, niczym puzzle, które zostały rozsypane przed nim na kilka tysięcy drobnych kawałeczków.
- Reker! Kopę lat! - odezwał się w końcu kiedy stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz - Ładnie to tak uciekać i nic nie mówić? - mruknął przenosząc ciężar swoje ciała na prawą nogę przez co coś strzeliło mu w stawach.
- Wiesz, że to była szybka i mądra decyzja - westchnąłem kręcąc lekko głową na boki - Nie mówmy już o tym, już po wszystkim... Lepiej mi powiedz jak tam ci czas mija co? - zmieniłem szybko temat nie chcąc wracać do tamtych dni, podczas których zostaliśmy przygarnięci przez obóz Śmierci.
- A dobrze, dobrze... Dzieciarnie się trenuje, a po pracy wraca się do swoich dzieciaków - rzekł rozmarzony spoglądając w stronę okien leżących na wschodzie.
- No wreszcie! A tak mruczałeś, że nie chcesz żadnych szczeniaków, a teraz się z ciebie tatulek zrobił - powiedziałem z rozbawieniem w głosie, które dało się bardzo wyczuć - Wracając jednak do tego po co tutaj przyszedłem... Mogę poprowadzić wraz z bratem tym jełopą trening? Obiecuję, że pozostawię ich przy życiu - ziewnąłem przeciągając się z lekka na co ten machnął jedynie ręką, najwidoczniej od razu rozumiejąc, że jest coś na rzeczy.
- Jasne, nie mam ochoty temperować tego stada baranów. Tylko uważaj na ściany, nie chce zmywać znowu krwi i flaków - dał mi wolną rękę na co cała zgraja "wojowników" otępiała nie mogąc uwierzyć własnym uszom w to co w tej chwili zostało ogłoszone.
- Postaramy się - zatrzepotałem rzęsami udając niewiniątko, którym stety bądź niestety nie byłem - No idź już, idź! My sobie z nimi poradzimy! - pogoniłem go w stronę wyjścia gdzie zniknął już po kilku sekundach uszczęśliwiony tym, że dostanie w końcu porządną dawkę spokoju.
- A teraz... - zaczął mój brat słysząc jak drzwi zamykają się z dość głośnym trzaskiem.
- Zagramy w grę, z której nie wyjdziecie żywi - dokończyłem za niego nieco przekłamując prawdę na co cała zgraja zatrzęsła się niczym galaretka ciśnięta o ziemię.

<Leon? :3 Sprać ich! xd>

Od Leona cd. Reker'a

Nie byłem wcale zdziwiony że wszyscy tu znają Rekera... W końcu to jeden z najlepszych żołnierzy skoro ludzie tak na niego reagują, a nie to co ja... ja to jestem jedna wielka dupa wołowa, która pewnie by od razu zginęła postrzelona. Jestem zawodowym żołnierzem tak jak o, co oznaczało że jestem w armii z czasów przed apokalipsą, ale i tak coś czuję że nigdy mu nie dorównam wiedzą i sprytem. Przy nim wszyscy czuli respekt czego pewnie on nie zdawał sobie sprawy ale dla mnie było to bardzo odczuwalne. Byłem oczywiście dumny że posiadam takiego brata, ale było to i też wyzwanie gdyż wiedziałem że jeśli go tak znają i nigdy nie zawodził, to tego samego będą wszyscy oczekiwać ode mnie. Nieco mnie to przerażało ale nie miałem zamiaru łatwo się poddawać! Wziąłem tace z jedzeniem po czym usiadłem z bratem przy stoliku przy którym jak się okazało on niegdyś siedział, ale ciekawiło mnie dlaczego jest w innym obozie, skoro był tutaj... Czyśmy to zły obóz? Coś go tu denerwowało? Wolałem nie pytać i nie wtrącać się w nie swoje sprawy czy nie daj boże by się na mnie obraził i zerwał ze mną kontakt... W pewnym momencie nagle do nas się dosiadł jakiś chłopak, który chyba miał mojego brata za jakiegoś ducha czy coś w tym rodzaju. Widziałem że się bał... W sumie to ja byłem wcale nie mniej przerażony od niego będąc w nowym miejscu, bo na takiego mi też wyglądał. Może nie będę sam... Może... Choć znając życie pewnie później i tak mnie zostawi by znaleźć obie innych kolegów, ale cóż... we dwóch zawsze raźniej niż w pojedynkę, a poza tym brat wiecznie ze mną tu siedzieć nie będzie pomyślałem szybko uważnie przyglądając się chłopakowi. Brat próbował mowić do niego ale widziałem że był zbyt spięty.
- Nie bój się... - odezwałem się jakoś - To co mówią inni o moim bracie to nie prawda... Jest w stu procentach żywy a inni wymyślają niestworzone rzeczy... Jestem Leon a to Reker choć pewnie już wiesz.. - rzekłem spokojniej - A Ty jak masz na imię? - spytałem jeszcze.
- Kris... Kestem Kris - odezwał się cicho na co skinąłem lekko głową.
- Czyli inaczej Kristopher? - spytałem ciekawsko.
- Tak - rzekł znowu cicho - Ale wolę po prostu Kris... - dodał na co tym razem ja skinąłem lekko głową.
- Rozumiemy - odezwał się Reker i zjadł nieco ze swojego dania.
- A ty nie jesz? - spytałem Krisa widząc iż in nie ma jedzenia czy też tacki z jedzeniem.
- Nie jestem głodny - odparł patrząc niepewnie tam gdzie są wydawane posiłki więc podążyłem z Rekerem wzrokowo za jego i zobaczyłem jakąś grupkę złożoną z czterech chłopaków ubranych tak jak wszyscy w strój wojskowy. Zmarszczyłem na to nieco brwi po czym spojrzałem jeszcze raz na Krisa który patrzył się teraz w stół jakby chciał wyczytać z niego coś ci jest napisane czy wyryte na nim.
- Zrobili Ci coś? - wyprzedził mnie mój brat z pytaniem.
- Nie.... To nic takiego mówiłem że nie jestem głodny... - zmieszał się i wyraźnie widziałem że coś ukrywa.
- Przecież widzimy... Powiedz nie będziemy się śmiać... Grożą Ci? - spytałem spokojnie patrzac na niego ale kątem oka patrząc też na tamtych dziadów którzy najwidoczniej zauważyli swoją ofiarę o zaczęli knuć coś mięszy sobą. Nigdy nienawidziłem jak ktoś się nad kimś znęca. Wkurzało mnie to zawsze dlatego kiedy byłem dzieckiem w sierocińcu czy teź jak już byłem w armii a Afganistanie? Iraku czy innych piekłach na ziemi gdzie mnie wysyłano często pakowałem się w bujki. Oczywiście bylo to w słusznej sprawie. Sam byłem tu nowy i źle się czułem że inni krzywo na mnie patrzą ale teraz gdy widziałem że ktoś się znęca nad kimś to krew się we mnie zaczęła gorować ze złości.
- Tak - odparł zmieszany i spóścił głowę bardziej.
- To żaden wstyd... Ta czwórka Ci grozi czy jeszcze ktoś? - spytał Reker nie spuszczając wzroku z tamtych dziadów.
- Tylko oni - szepnął prawie niesłyszalnie.
- Załatwimy to - odezwałem się stanowczo.
- Ale najpierw nieco zjesz... - dorzucił swoje brat który wstał i wział jeszcze jedną rację żywnościową i zaraz wrócił i podsunął mu pod nos - Nic się nie martw i jedz spokojnie - dodał i usiadł ponownie na swoim miejscu. Z tego co udało mi się wywnioskować, dalej patrząc co jakiś czas kątem oka na tamtych baranów, to niezbyt im się spodobało to że Kris dostał swoją porcję jedzenia. A więc tak się też bawimy co? pomyślałem od razu widząc że odchodzą ale wyraźnie coś na tego biedaka zaplanowali o czym już Kris musiał wiedzieć bo miał bardziej skuloną postawę ciała niż wcześniej.
- Znowu mnie dopadną - powiedział przestraszony i aż lekko się zatrząsł.
- Nie dopadną Cię spokojnie - odezwałem się znowu - Zaufaj nam załatwimy to i już nigdy nie będą Cię dręczyć - rzekłem patrząc na niego - A teraz coś spokojnie zjedz, wiem że jesteś głodny - dodałem jeszcze na co niepewnie skinął głową i zaczął w końcu jeść wyraźnie bardzo wygłodniały. Musieli się już na nim trochę znęcać skoro bał się biedak nawet zjeść. Zobaczyłem jeszcze że brat podsunął mu kompot na co lekko się uśmiechnął i podziękował wiec chyba poczuł się nieco bezpieczniej. Zaczęliśmy zjeść razem z nim w ciszy i spokoju cieszac się z dobrego jedzenia. No... przynajmniej ja bardzo się cieszyłem bo zanim mnie znaleziono to jadłem korzenie by jakoś przetrwać. Nadal pamiętam ten okropny smak! Ble! No ale czego nie robi człowiek by przetrwać? Eh... obym już nigdy nie musiał jeść tych okropieństw. Po skończonym posiłku popiliśmy wszyscy swoje kompoty po czym nieco się przeciągnąłem.
- Gdzie ich teraz znajdziemy? - spytałem patrząc na Krisa.
- Teraz pewnie są na samoobronie... To ich godzina ćwiczeń ja mam za godzinę dopiero - odparł znowu cicho patrząc na zegar ale nieco scisnął kubek gdzie miał kompot co doskonale ja i brat zauważyliśmy.
- No więc czas zrobić porzadki - rzekłem z usmiechem chytrym co również odwzajemnił Reker.
- Wielkie porządki - dodał swoje.
- Czas by zawodowi żołnierze pokazali żułtodziobom gdzie ich miejsce w szeregu - dodałem wstając - Chodź z nami Kris... Będziesz bezpieczny i nic nie będziesz musiał robić, wszystko załatwimy za Ciebie - dodałem jeszcze.

< Reker? :3 Czas nieco porzucać xdd >

piątek, 22 czerwca 2018

Od Reker'a cd. Leona

Wchodząc na stołówkę Duchów uderzyło we mnie wiele wspomnień. Jeszcze tak nie dawno wraz ze swoją drużyną i żoną byłem zmuszony przychodzić tutaj po każdy posiłek, ale nie narzekałem na chwilę krótkawego odpoczynku. W końcu to tutaj mogliśmy odetchnąć od męczących misji, pisania raportów, czy też uciążliwego marudzenia Wiliama, który i tam potrafił nas najść, ale było to z jego strony bardzo rzadkie, gdyż przeważnie na jedzenie przyłaził wtedy, kiedy nikogo w tym miejscu nie było. Nie zaszły tutaj aż takie duże zmiany odkąd postanowiłem uciec z tego miejsca raz na zawsze, lecz tego, że przywiercili wszystkie stoły do ziemi nie byłem w stanie zrozumieć. Oni próbowali te stoły kraść albo się nimi rzucali? - pomyślałem z niedowierzaniem oglądając południową ścianę, która została przemalowana na szary kolor. Cóż, należało się jej... Poza tym chyba lepiej spożywa się posiłki w miejscu schludnym niż takim, który wygląda jak chlew. Spostrzegając, iż mój stary stolik nadal jest pusty, od razu pociągnąłem za sobą brata w stronę tacek, a następnie kucharek, które wydawały każdemu odpowiednią rację żywnościową. Mam nadzieję, że nie poczuję smaku ugotowanego szczura w panierce - przeszło mi przez myśl gdy nadeszła moja kolej. Wszyscy patrzyli się na mnie jak na jakiegoś zmartwychwstałego trupa, co nie ukrywam zaczęło mnie trochę irytować. Czy ja serio jestem jakimś pieprzonym bogiem by tak ciągle o mnie nadawać? Znając życie to pewnie już cała wieża wiedziała o tym, że tutaj jestem i pewnie będą chcieli się przekonać o tym na własnej skórze więc gady zapewne zaraz zaczną się złazić zamiast poczekać na inną godzinę, w której będą mogli zjeść w spokoju posiłek.
- O cho cho! Kogo ja tu widzę! No no no.... Nasz pan Blackfrey do nas wrócił w końcu po odejściu bez słowa - odezwała się nagle starsza z kucharek, którą szybko rozpoznałem. Była to bardzo ciepła osoba, która nigdy nie odmówiła mi żadnej dokładki przez co bardzo ją uwielbiałem. Jak dobrze pamiętałem jej dane to nazywała się Suzan Malun - Ładnie to tak odchodzić nawet bez pożegnania hmmm? - pytała spokojnie nie ukrywając ogromnego uśmiechu na twarzy. Na te słowa zrobiło mi się dziwnie nieswojo. Kiedy tamtej nocy postanowiliśmy zniknąć nie sądziłem, że ktoś będzie za nami tęsknił. Tyle nie przespanych nocy... Tyle łez... Tyle strachu.... A teraz dowiadywać się, iż ktoś tęsknił? Pewnie i tak jakbyśmy dali się złapać w tedy Michaelowi albo Wiliamowi nie mielibyśmy tutaj żadnego życia. Wszyscy patrzyliby na nas jak na ofiary losu, których trzeba się pozbyć... Eh... Nawet jeśli miałbym tutaj wrócić na stałe po śmierci swojego ojczyma i teścia, nie wyobrażam sobie tego dziwnego życia, które zmieniło się o 360 stopni kiedy dołączyliśmy wraz z moją bliską "rodziną" do obozu Śmierci - Jak tam wasze psiaki? Są tu z wami? Może im coś przyrządzić? - dodała zanim zdążyłem rzec coś na swoją obronę. Może to był znak, aby tego zbytnio nie rozpamiętywać? W końcu nie było to takie proste zagadnienie jak mogłoby się niektórym wydawać.
- Nie ma piesków pani Suzan, jestem tutaj tylko do brata - oznajmiłem jej łagodnym tonem głosu kiedy przestała strzelać we mnie pytaniami jak jakiś karabin maszynowy.
- Brata? Myślałam, że masz tylko siostrę! A gdzie ten twój brat? - zdziwiła się rozglądając po ogromnej sali, w której każdy powoli wracał do swoich spraw.
- Tutaj - powiedziałem dumnie ciągnąć Leona za rękę - To Leon mój brat bliźniak - dorzuciłem prezentując go dumnie na co ta niemal klasnęła w dłonie.
- Wyglądacie niemal identycznie - stwierdziła przyglądając się młodszemu chłopakowi - Pewnie z charakteru też jesteście tacy sami - westchnęła bez najmniejszego zastanowienia na co chcąc, nie chcąc pokiwałem twierdząco głową.
- Dlatego proszę mu dawać wielkie porcje, ładnie proszę - uśmiechnąłem się szeroko na co ta się cicho zaśmiała.
- Tak, tak dla panów Blackfreyów wszystko - odparła nakładając nam nieco więcej pożywienia - A teraz idźcie już zjeść, jesteście z pewnością głodni - pogoniła nas machając w naszą stronę drewnianą chochlą więc trzeba było uważać, żeby czasami nie uderzyła kogoś z nas w głowę. Nie trzeba było nam od razu powtarzać, ponieważ od razu odsunęliśmy się na bezpieczną odległość kierując się w stronę mojego, starego stołu.
- Siadaj brat - poklepałem go po ramieniu zajmując miejsce tuż obok niego - Masz teraz dożywotni pakiet u kucharek na dobre jedzenie - zaśmiałem się cicho zwracając uwagę na popękany blat stołu - O jest jeszcze dziura jak przywaliłem w niego łbem - mruknąłem pod nosem dotykając dość dużego wgłębienia palcami u lewej ręki.
- I-i tobie się nic nie stało? - zmartwił się patrząc na mnie z niedowierzaniem w oczach.
- Noooo krwi trochę pociekło, ale mam twardą czaszkę i jakoś żyje - rzekłem rozbawiony rozglądając się nieco po znanym mi od kilku dobrych lat miejscu.
- Jesteś wariat brat - powiedział cicho jakby się bał, że ktoś nas podsłuchuje.
- Leoś nie bój się, nikt cię już tutaj nie tknie - poinformowałem go podpierając swoją głowę na prawej ręce tak by mieć dobry widok na jego twarz - Obiecałem ci coś prawda?
- N-no tak - zająknął się na początku zdania wlepiając swój wzrok nagle w postać, która usiadła po przeciwnej stronie nas. Był to jakiś młody chłopak liczący sobie może z dziewiętnaście lat... Bał się co było widać po jego skulonej postawie ciała oraz nerwowemu patrzeniu się to na jedzenie to na moją twarz więc pewnie nasłuchał się różnych głupot o mojej osobie i teraz wydawało mu się, że jestem jakimś pierdolonym myślącym zombie, który powinien dawno leżeć w piachu.
- Ej młody nie bój się, przecież cię nie zjem - odezwałem się w końcu - Jestem Reker, a to mój młodszy brat Leon, a ty jak się nazywasz?

<Leon? :3 Frendnij się z nim xd On się boi, bo jest nowy tutaj xd> 

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Leona cd. Reker'a

Zamarzałem... Traciłem powoli czucie w całym ciele od palców u nóg aż po samą głowę, a palców u rąk to już w ogóle nie czułem. Trząsłem się z zimna leżąc na zmarzniętej i skutej lodem podłodze i co jakiś czas resztkami sił stukałem lekko dłonią w drzwi by ktoś mi otworzył albo by mi pomógł, ale traciłem nadzieję z każdym kolejnym słabym stuknięciem zamarzniętymi na kość palcami. Jak zwykle jestem nic nie wartym śmieciem, który wszystkim przeszkadza swoją obecnością... pomyślałem słabawo gdyż mój umysł już się też wyłączał i nakazał mi zasypiać. Wiedziałem że jak zasnę to że już nigdy się nie obudzę dlatego starałem się walczyć ale myśl iż znowu rozpocznie się moje piekło na nowo, albo że tu i tak zamarznę bo nikt mi nie otworzy, nie dodawała mi energii, tylko wręcz mnie to jej pozbawiało. Pomocy... Pomocy... Pomocy... Ratunku... te słowa powtarzałem w myślach jak mantrę jakby ktoś miał usłyszeć moje "wołania" o pomoc. Kiedy pięć dni temu brat mnie tu zostawił, znaczy na medycznym jeszcze wtedy ale Olivier ten cały mu powiedział gdzie będę mieć pokój zanim odszedł, byłem nadal odizolowany od reszty żołnierzy czy też ludzi z tego obozu. Było mi przykro że wszyscy traktowali mnie jak jakiegoś wstrętnego pasożyta i wroga, bo ja nikomu nic złego nie zrobiłem, a wszyscy patrzyli się na mnie z nienawiścią i wręcz mordowali mnie lodowatym wzrokiem. Nie wiem ile byłem nieprzytomny i wyrwałem się z tego świata mroku ale gdy się obudziłem to zobaczyłem swojego brata który był ubrudzony krwią, co przyznam sprawiło to u mnie nie mały szok. Myślałem że coś mu się stało ale później zobaczyłem że to czyjaś krew a nie jego więc mi ulżyło. Początkowo brat nie zauważył że się obudziłem dlatego jakoś starałem się podnieść co niezbyt mi wychodziło bo moje mięśnie mnie nie słuchały. Z tego wszystkiego lekko stęknąłem z bólu co od razu zwróciło uwagę mojego starszego brata który od razu podniósł na mnie wzrok i uniemożliwił mi wstanie bardzo stanowczo mnie przytrzymując.
- Nie wstawaj.... Jesteś zbyt zmęczony braciszku - rzekł zmartwiony.
- No dobrze - odpuściłem kaszląc nieco gdyż poczułem w swoim gardle straszne drapanie gdyż miałem zupełnie wysuszone gardło z braku wody pitnej w swoim gardle które by nawilżyło moje gardło niczym rzeka ponownie płynąca przez dawno wyschnięte koryto w ziemi. Reker musiał to zauważyć bo zaraz wziął szklankę do ręki która stała na szafce szpitalnej a po chwili napełnił ją wodą do połowy z plastikowej butelki po czym pomógł mi wstać do pozycji siedzącej bym mógł się napić. Gdy tylko poczułem mokrą ciecz przy swoich zaschniętych ustach, od razu zacząłem pić będąc bardzo spragnionym, aczkolwiek w tym stanie nie potrafiłem pić szybciej. Wypiłem w sumie dwie i pół szklanki co mi w zupełności wystarczyło, po czym spojrzałem na brata.
- Nie jesteś na misji? - spytałem cicho słabym głosem.
- Byłem na niej... Martwiłem się więc kiedy nadarzyła się okazja, wsiadłem na konia z innymi z mojego obozu i tak oto się tu znalazłem - wyjaśnił mi po krótce całą sytuację na co skinąłem jedynie lekko głową czując iż przeze mnie jak zwykle musiał się martwić, a na pewno miał coś innego do roboty i to dużo ważniejszego niż ja... Nie chciałem by przeze mnie psuł sobie wolny czas czy to co ma tam do zrobienia. Owszem cieszyłem się zawsze gdy mnie odwiedzał bo będąc sam w zupełnie obcym środowisku, czułem się dosłownie jak jakiś kosmita, który wylądował na obcej planecie.
- Czemu jesteś taki umorusany krwią? - spytałem znowu przez bolące gardło, które zaciskało się na moich obolałych strunach głosowych niczym wąż boa dusiciel.
- Spokojnie brat nie przemęczaj się - powiedział szybko i bardziej mnie przykrył ciepłą kołdrą, która była dla mnie teraz istnym zbawieniem, gdyż nadal odczuwałem potworne zimno po tym jak mnie zamknięto w tamtej chłodni i pozostawiono na pewną śmierć - Niczym już się nie musisz martwić... Nikt Ci już krzywdy nie zrobi obiecuję - dodał jeszcze, a ja już domyśliłem się co zrobił.
- Rozumiem... - odparłem bardzo cicho - Przepraszam że znowu zawróciłem Ci głowę... - dodałem jeszcze.
- Nie wygaduj głupstw! Jesteś moim bratem młodszym i moim obowiązkiem jest Cię chronić, więc nie przepraszaj - rzekłszy to poczochrał mnie po moich brązowych kłaczyskach, sprawiając iż zrobił mi nieład artystyczny, na co też mimowolnie się uśmiechnąłem.
*******************************************
Minęły cztery dni po których wreszcie wypisano mnie z medycznego gdy lekarze się upewnili że na pewno mój organizm pracuje prawidło po pobycie w tym zamrażalniku. Chciałem się udać od razu do pokoju, lecz mój brat stanowczo mi na to nie pozwolił, gdyż wiedział że najchętniej bym z niego w ogóle nie wychodził. Miał teraz czysty mundur, gdyż jakoś zdołano go wyprać z plan krwi które no nie powiem zawsze głęboko wchodziła w materiał i często nie dało się jej usunąć, lecz jakoś dano radę i Reker chodził teraz czysty. Szczerze mówiąc to przez chwilę przypomniało mi się jak kiedyś do armii dostawały się młodziki... ich mundury też były jeszcze wtedy nieskazitelnie czyste i pachnące nowością, podczas gdy mundury starszych żołnierzy były poniszczone i ubrudzone piachem, kurzem, krwią i innymi rzeczami co było pozostałościami po wielu stoczonych bitwach czy też życia w trudnych warunkach pogodowych w innych krajach gdzie dane im było stacjonować. Reker właśnie teraz przez ułamek sekundy wyglądał mi na takiego świerzaka, który dopiero szykował się do służby dla kraju, ale oczywiście to była nie prawda, bo miał za sobą wiele lat walk, bitew czy też wojen. Większość ludzi która widzi go pierwszy raz zapewne nie widziała w nm niczego nadzwyczajnego i nawet nie podejrzewała o to jakim jest żołnierzem z ogromnym doświadczeniem militarnym czy też taktycznym, więc tutaj powiedzenie "nie oceniaj po okładce" bardzo się sprawdzało. Poczułem jak brat położył mi rękę na ramieniu i nieco ścisnął mnie dłonią za nie bym zwrócił na niego większą uwagę i tak też się stało.
- Chodź młody pokażę Ci gdzie tutaj jest stołówka i może się z kimś za kumplujesz - rzekł z dużą pewnością siebie i stanowczością, która nie powiem sprawiała że czułem iż muszę mu ulec, choć moja druga strona w duszy chciała uciekać czym prędzej do swojego pokoju i tam się zabarykadować na wszystkie spusty i nigdy ale to przenigdy już nie wychodzić na światło dzienne, nie mówiąc już o widywaniu się z ludźmi. 
- Muszę? - spytałem niepewnie rozglądając się odruchowo wzrokowo po okolicy, jakby to miało mi pomóc by wyjść z tej sytuacji.
- Nieee... Musisz zacząć integrować się z innymi ludźmi - rzekł spokojnie.
- Tyle że oni by mnie najchętniej zasztyletowali wzrokiem za coś, czego w ogóle nie zrobiłem i kim nie jestem - burknąłem cicho i spuściłem na chwilę wzrok, wbijając go w podłogę, która była dopiero co przetarta, więc nie było na niej ani grama kurzu.
- Właśnie dlatego musimy tam iść by wszyscy zobaczyli jaki jesteś na prawdę - rzekł stojąc na przeciwko mnie.
- Boję się tam iść - szepnąłem cicho, czego się wstydziłem, gdyż wiedziałem że żołnierz nie powinien okazywać słabości i strachu, a ja właśnie to zrobiłem, ale przecież rodzinie można powiedzieć wszystko prawda? Na tym to chyba polega...
- Wiem brat, ale tylko tak inni zobaczą że nie jesteś jak sam mówisz, tym kim nie jesteś, tylko prawdziwego Ciebie i skończą plotkować na Twój temat... - rzekł stanowczo - Cóż... przynajmniej przestaną jeśli chodzi o to że jesteś Demonem...- dodał jeszcze po chwili namysłu. Westchnąłem na to wszystko ciężko, po czym skinąłem ulegle na to głową zgadzając się z jego słowami, na co brat zadowolony poklepał mnie nieco po ramieniu dla otuchy i ruszyliśmy w stronę tej jakże strasznej dla mnie stołówki. Szczerze mówiąc to gdy tam szliśmy, moje serce waliło jak oszalałe i czułem się jakbym to ja miał stać się przystawką na tej stołówce, a nie coś innego... Normalnie jakbym szedł potulnie w paszczę lwa, który ma mnie zaraz pożreć w całości. Oni mnie tam zeżrą... pomyślałem przez ułamek sekundy w swoim umyśle, a widząc przed sobą duże grupy ludzi, zrozumiałem iż się zbliżamy do celu, co spowodowało iż zacząłem iść dużo wolniej, co było zwyczajnie spowodowane moim strachem. Miałem teraz ochotę wziąć nogi za pas i nigdy tu nie wracać i nic nie jedząc, ale wiedziałem że Reker by mi na to nie pozwolił i dopadłby mnie zanim jeszcze bym próbował uciekać... Przełknąłem ciężko ślinę, po czym cicho minąłem z bratem pierwszą grupkę ludzi, która patrzyła na nas uważnym wzrokiem przerywając na chwilę swoje rozmowy, co niezbyt mi się spodobało bo nie chciałem być w centrum uwagi. Byłem cały zestresowany i pospinany jakbym zaraz miał walczyć o życie. Byłem zawodowym żołnierzem tak jak mój brat, lecz teraz czułem się jakbym zapomniał o tych wszystkich naukach, które mi tak wpajano w wojsku i choć dużo ludzi mówi że kiedy trzeba to instynkt z samoobroną i w ogóle do walki sam się uaktywnia odruchowo, to ja jakoś nie byłem do tego do końca przekonany... Nie wiedziałem czy to też są zawodowi żołnierze czy też nie, ponieważ nie miałem takiej znajomości z tych obozów i w ich całym funkcjonowaniu, więc było mi nieco ciężej ocenić swoje szanse gdyby mnie takowi zaatakowali. Drepcząc bardzo blisko swojego starszego bliźniaka o kilka minut, weszliśmy na tą całą stołówkę gdzie zobaczyłem pełno ludzi czekających na posiłek, oraz siedzących przy okrągłych, metalowych stołach, które były poprzywierane do podłogi jak w więzieniu, by nikt nie mógł ich wywrócić i nie robić wyrozuby, lecz ławki były już normalnie i można było poprzysuwać je do danego stolika, jeśli by akurat przy takim zabrakło jakiś wolnych miejsc. Wziąłem tacę jak Reker, podążając za nim do starszych pań, które wydawały posiłki przydzielone dla każdego, który podstawi im tacę.
- O cho cho! Kogo ja tu widzę! No no no.... Nasz pan Blackfrey do nas wrócił w końcu po odejściu bez słowa - odezwała się starsza z kucharek, co mnie nieco zdziwiło - Ładnie to tak odchodzić nawet bez pożegnania hmmm? - pytała spokojnie, a z jej twarzy ni schodził uśmiech, lecz trzeba było uważać na głowę, gdyż nie do końca sobie zdawała sprawę iż wymachuje ciągle drewnianą łyżką w ręce - Jak tam wasze psiaki? Są tu z wami? Może im coś przyrządzić? - dodała z prędkością światła, gdy brat otwierał już usta by coś powiedzieć.

< Reker? ;3 kim jest ta kucharka? xdd >

No to idziemy dalej... Bo czemu by nie? (Od Erona)

- A może tutaj! - wykrzyczałem podnosząc wieczko jakiejś wielkiej pustej beczki, z której śmierdziało jakby ktoś tam zginął przynajmniej z dwa lata temu i w sumie po szczątkach w niej znalezionych stwierdzam, że no coś jest na rzeczy.
- Przepraszam za najście, wpadnę innym razem - powoli zamknąłem wieko i stwierdziłem tylko z uśmiechem podpierając się na kolanach "To nie tutaj" Pewnie ktoś się teraz głowi, czego mogę szukać, odpowiedź jest prosta, albo i nie, zależy. Niedawno przebiegł przez drogę mały czarny kot i jego los został przesądzony, żeby zostać moim kompanem, tylko muszę go znaleźć, najlepiej przed burzą, a ta jest blisko. Szukanie w tych czasach kota jest niesamowicie irytujące, a burza tego nie ułatwia, coś jak presja czasu, tylko że jak nie zdążysz, to pozostanie z ciebie pieczone jedzonko dla umarlaków, a zlecą się szybko. W międzyczasie tak zwanym, zdążyłem się kilka razy natknąć na głupie twarze? brzydkie twarze? ... aaa no tak, srebrne twarze. Ogólnie to są równie rozmowni jak babcia po 90, albo nie mówi w cale, albo powtarza tylko "CO?!!! Nie słyszę cię!" W końcu jednak czas mi się skończył i musiałem faktycznie szukać schronienia. Znalazłem jakiś stary opuszczony bar, ktoś się chciał tutaj kiedyś zabarykadować, ale mu nie wyszło za bardzo i umarło mu się. Po uprzątnięciu baru i jednego stoliku, byłem gotowy na nieprzychylne warunki pogodowe. Zaczęło się, deszcz runął z taką siłą, że prawie pomyliłem go z gradem, a grzmot... no w sumie jak grzmot, tylko brzmiał trochę głośniej. Błyskawice rozświetlały niebo, a pojedyncze pioruny uderzały to tu to tam. Właśnie w chwili kiedy myślisz "jak dobrze, że nie muszę tam wychodzić" to coś cię zmusza, a tym czymś w moim przypadku, jest mały, czarny, mokry, przerażony kotek. Co zrobił Eron? No jak to co? Pobiegłem tam ile miałem sił w nogach, okazało się przy okazji, że on wcale nie jest tak blisko jak mi się z początku wydawało, a to był pewien problem, ale już za późno więc no, mówi się trudno. Miałem wrażenie jakby krople deszczu chciały się przebić przez moją czaszkę, ale pomimo nieprzyjemnej akupunktury udało mi się pochwycić mokry, drapiący, syczący na mnie cel i biec z powrotem. Przebiegłem może z 50 metrów od miejsca w którym złapałem kota i w tym samym miejscu uderzył piorun. Jest jedna dobra rzecz w tym wszystkim na nawet dwie, pierwsza: nie walnął we mnie, a druga: od razu znalazłem się z powrotem w barze. Siła uderzenia była tak wielka, że wystrzeliła mnie prosto do mojego schronienia, ale o tym dowiedziałem się jak już się obudziłem. Ogólnie to oprócz chwilowej utraty słuchu, afro na głowie i przepalonych ubrań to chyba wszystko było w porządku, no chyba że to niebo jest, wtedy trochę to niebo ssie, tak trochę bardzo. Wszystko pięknie ładnie i już razem w trójkę sobie siedzieliśmy w świetle jednej małej świecy, ja, Pech, bo tak nazwałem kota i nasz ulubiony Pan Ząbek. 
- Dawno się nie widzieliśmy
- Słuchaj, jeżeli myślisz, że za każdym razem jak się pojawisz, to dam ci krwi, to się srogo mylisz, też mam uczucia tak? Mógłbyś zbudować nastrój, wybrać odpowiedni czas i moment - moją jakże piękną wypowiedź przerwał grzmot, ale zaraz potem kontynuowałem. Ogólnie nie jest to słowotok bez sensu, staram się znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji, ale problem w tym, że cały mój sprzęt znajduje się za wampirem, a na zewnątrz czeka mnie śmierć od porażenia elektrycznego. 
- Już już, proszę dość. Nie mam zamiaru brać dzisiaj twojej krwi, też nie przepadam za byciem przysmażonym. - Zapadła cisza, taka jak kiedyś w tych filmach o dzikim zachodzie. Brakowało tylko tego kłębka czegoś. 
- Wiec wszyscy razem miło sobie spędzimy czas? Tak po prostu? 
- A widzisz w tym jakiś problem? 
- No nie, w sumie ja z moją kiełbasą przed zjedzeniem też mamy fascynujące chwile... - wampir zaśmiał się cicho, popatrzył na mnie rozbawionym wzrokiem i wybuch śmiechem. 
- Spotkałem już setki osób, ale nikt nigdy czegoś takiego nie powiedział. Pewnie nie wpadli na pomysł, żeby się porównać do kiełbasy - wydusił z siebie pomiędzy kolejnymi spazmami śmiechu. Trwało to chwilę, ja za ten czas zdążyłem przyjrzeć się kotu, pogłaskać go, pobawić się z nim ogólnie nie nudziłem się, a kiedy wreszcie się uspokoił zaczął się mi przyglądać. 
- Kim ty w ogóle jesteś? Nosisz cały ten sprzęt, więc pewnie jesteś żołnierzem. 
- No tak, tak jakby, byłem, obecnie to staram się przetrwać i jeśli miałbym się kimś nazwać, to pustelnikiem. Chciałem zauważyć, że dalej mi nic nie opowiedziałeś o wampirach, a moje pytanie było pierwsze. 
- No już już, usiądź wygodnie i zaczynamy. No więc... 

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Od Reker'a cd. Leona

Od ostatnich wydarzeń minęło trochę czasu, a dokładnie pięć dni. Nadal nie mogłem pogodzić się z myślą, iż zostawiłem swojego młodszego brata samego w obcym miejscu gdzie nie patrzono na niego zbyt przychylnie. W końcu plotki roznoszą się bardzo szybko, a że młody miał przy sobie naszywkę z obozu Demonów, pewnie większość nadal go uważa za złego i niedobrego wroga. Po wykonaniu ważnej misji jaką przekazał mi Eric, od razu przyczepiłem się do ludzi, którzy mieli za zadanie przewieźć ładunki z żywnością do obozu, w którym znajdował się mój bliźniak.
- Potrzeba wam jeszcze kogoś do konwoju? - zagaiłem podchodząc do ich dowódcy, który zdziwił się niezmiernie moją obecnością.
- Tak... Przydałby się ktoś na tyły... Byłbyś chętny? - zapytał nie pewnie na co machinalnie pokiwałem twierdząco głową - Świetnie, ruszamy za dwadzieścia minut... Będziemy tam nocować więc bądź na to przygotowany - dodał ze spokojem co jeszcze bardziej mi się spodobało. Wreszcie się spotkamy Leoś - pomyślałem spoglądając w stronę stajni gdzie zapewne czekała już na mnie bułana Persefona nie mogąca doczekać się aż w końcu opuści swój boks. Co, jak co, ale to konisko po prostu nie cierpiało siedzieć 24/7 w jednym miejscu. Potrzebowała ruchu, ruchu i jeszcze raz ruchu! A ja jako jej właściciel musiałem jej to jakoś zapewnić.
- Pójdę się przygotować - zadecydowałem w końcu kierując początkowo swoje kroki w stronę swojego mieszkania, w którym w bezpiecznym miejscu były przechowywane moje i Kiary "zabawki". Woleliśmy trzymać je tam niż w magazynie, ponieważ dzięki temu zawsze były pod ręką gdyby trzeba było uciekać lub walczyć o przetrwanie obozu. Moje kochanie było teraz u swojej koleżanki, a dzieciaki zapewne wraz z nią więc aby jej nie denerwować swoim zaginięciem, po zapięciu pasa u mundur napisałem jej na kartce krótką wiadomość, którą położyłem na szafce blisko naszego łóżka, gdyż to było jedno z najwidoczniejszych miejsc w naszym małym koncie. Czas się zwijać - przeszło mi przez myśl kiedy sprawdzałem czy wszystkie noże znajdują się w odpowiednim miejscu oraz czy na pewno są odpowiednio ostre by w razie czego przerżnąć wrogowi tchawicę. Po ogarnięciu się całkowicie z bronią, poszedłem po swoją klacz, która o dziwo czekała już na mnie gotowa grzebiąc przednim kopytem wśród zielonej trawy. Wiedząc, że nie ma się o co kłócić, wzruszyłem po prostu ramionami oraz odwiązując jej wodze od drewnianego płotu ruszyłem w stronę swojej grupy, która była już zwarta i gotowa do wyjazdu z bezpiecznej strefy.
***********
Do potężnej wieży wznoszącej się ponad innymi, zniszczonymi niemal doszczętnie budynkami dotarliśmy po upływie pięciu godzin. Kiedy wpuszczano nas przez ogromne wrota umiejscowione po środku murów obronnych, poczułem jak uderza we mnie ogromny niepokój oraz straszny chłód co nie było normalnym zjawiskiem podczas tak strasznego upału. Zdezorientowany, zsiadłem powoli ze swojego wierzchowca wydając mu polecenia, iż może odpocząć po czym nie zwracając uwagi na innych żołnierzy udałem się w stronę centrum gdzie przechodząc przez drzwi dostałem się na parter starego, ale nadal dobrze trzymającego się biurowca. W miarę pamiętając który numer pokoju miał Leon, ruszyłem schodami na odpowiednie piętro przeskakując niemal co trzy stopnie wzwyż, aby jak najszybciej zobaczyć jego postać, ale czym bliżej byłem swojego celu tym zimno i strach wzmagały się coraz bardziej. Stojąc wreszcie pod upragnionymi drzwiami, zapukałem do nich cicho, lecz z pewnością siebie, ale nikt mi nie otworzył. Zdziwiony tym zjawiskiem, pociągnąłem odruchowo za klamkę. Wierzcie mi lub nie, ale było otwarte, a w środku nikogo nie znalazłem. Cholera co tu się wyprawia? - pomyślałem kierując się do biura Oliviera, które było niemalże na ostatnim piętrze wieżowca. Nie zaprzątając sobie głowy żadnymi formalnościami, od razu wpadłem do jego "małego" gniazdka gdzie na szczęście był sam siedząc nad rozłożonymi mapami swojego terytorium.
- Olivier gadaj gdzie jest Leon - wypaliłem od razu zanim tamten zdążył wydusić z siebie chociażby najkrótsze słowo.
- Leon? Pewnie w swoim pokoju... Nie wychodzi zbyt często - stwierdził zdziwiony wstając ze swojego obrotowego krzesła.
- Nie ma go! Gdyby tam był to bym do ciebie nie przychodził! - warknąłem przez zaciśnięte zęby z ledwością powstrzymując się od zaciśnięcia pięści - Jeśli ktoś z twoich ludzi coś mu zrobił to już są martwi! - dorzuciłem nie tracąc na tonie głosu, który nie znosił wprost sprzeciwu.
- Spokojnie Reker... Na pewno jest bezpieczny - starał się mnie uspokoić, ale przynosiło to marne skutki.
- Bezpieczny? Żartujesz sobie?! Ja już stąd czuję, że zrobiono mu coś złego - stwierdziłem ostro kierując się ku drzwiom wyjściowym - Nie próbuj mnie zatrzymywać - mruknąłem na koniec znikając między cieniami znajdującymi się na korytarzu. Z początku nie wiedziałem od czego zacząć, ale przechodząc przy jednym z magazynów natchnęła mnie myśl, że to własnie tam mogli przetrzymywać mojego braciszka. Za każdym razem kiedy widziałem puste pomieszczenia moje serce łamało się jeszcze bardziej. Czułem, że zawiodłem... Miałem go chronić, a wyszło jak zwykle nie po mojej myśli. Chciałem już przechodzić na kolejne piętro budynku, lecz w tym samym momencie od strony chłodni dobiegło mnie ciche stukanie w drzwi bądź w ścianę. Zainteresowany tym zjawiskiem czym prędzej pognałem do żelaznych drzwi zza których dochodziły owe dźwięki co wskazywało, iż ktoś albo coś znajduje się w środku. Nie miałem co prawda przy sobie odpowiednich kluczy, ale wsuwka, którą zwinąłem nie tak dawno Kiarze powinna załatwić sprawę. Nieco się namęczyłem nad zamkiem, ale z pewnością było warto, ponieważ dobijającym się na zewnątrz był nie kto inny jak Leon! Przerażony jego stanem, od razu wyciągnąłem go na korytarz okrywając go kurtką od munduru, którą natychmiastowo z siebie zdjąłem - Ciii już dobrze - szepnąłem mu na ucho próbując ogrzać własnym ciałem, ponieważ jego było niesamowicie lodowate, a co za tym idzie wychłodzone. Zdając sobie sprawę, że samym przytuleniem go nic nie zdziałam, czym prędzej wziąłem go na ręce i rzuciłem się w szaleńczym biegu w stronę medycznego gdzie na szczęście grasował jeszcze Edward, który pomagał tutejszym lekarzom w opracowaniu leku na pewną chorobę, o której nie chciał jak na razie nic zdradzić. Jak było mi wiadomo, dzisiaj miał kończyć swój pobyt tutaj więc trafiliśmy we właściwy czas.
- Reker? Co się znowu stało? - zdziwił się przypatrując zmarzniętej postaci mojego brat.
- To się stało, że chcieli mi go zabić! - wrzasnąłem niemal na całe gardło - Pomóż mu! Błagam cię! - jęknąłem żałośnie układając swojego ledwie żywego brata na łóżku szpitalnym.
- Cholera zwolniona akcja serca... Wypad mi stąd! - wypchnął mnie za drzwi oddziału zaczynając drzeć się na innych lekarzy by mu pomogli. Czułem jak cała wściekłość zaczyna rosnąć we mnie jeszcze bardziej. Nie mogłem tego odpuścić. Nie potrafiłem. Muszą przypłacić za to co chcieli mu zrobić najlepiej śmiercią... Tak śmierć powinna być najlepszym antidotum na taki czyn - stwierdziłem w myślach zaczynając rozglądać się dookoła jakby wyczuwając, iż te śmiecie gdzieś tu są. Byłem niczym głodny pies gończy, który pragnął znaleźć sobie pożywienie w postaci mięsa. Przemierzając od nowa znane mi od wielu lat korytarze, używałem swoich wszystkich zmysłów, aby jak najszybciej pozbyć się tych oferm i wrócić do Leona. Z każdym krokiem złość narastała we mnie coraz bardziej zatrzymując się na momencie kiedy mój słuch odnalazł jakieś głody dochodzące zza winka.
- Teraz na pewno zdechnie ten pieprzony Demon - zaśmiał się jeden z chłopaków pięcioosobowej szajki.
- Im mniej tej gadziny tym lepiej... Przywódca zrobił głupstwo, że go przyjął! Pewnie już chciał wykradać nasze dokumenty i powierzyć je swoim - fuknął jego przyjaciel, który starał się odpalić papierosa, lecz kaleka nie wiedział nawet jak używa się zapałek więc męczył się z tym i męczył.
- Najważniejsze, że już sobie zdycha z tego zimna... Może się nawet nie wybudzi jak dostał w ten pusty łeb - odezwał się kolejny wpatrując się w swoje jasne jak śnieg dłonie.
- Coś ty się taki miękki zrobił Saszka co? - zdziwił się nowy, nieznany mi przedtem głos - Im więcej będzie cierpieć tym lepiej - przyznał zacierając z zadowolenia ręce.
- No, ale to i tak człowiek - westchnął ten cały Saszka - Nie wyglądał na takiego złego - dorzucił na koniec ściszonym tonem głosu przez co całe towarzystwo natychmiastowo ucichło.
- Jaja sobie robisz? On pewnie tylko udawał! Wiesz, że Demony to kłamliwe szuje! Ty z dobrym sercem, on niby też, ale jak się odwrócisz to kończysz z nożem w plecach - wybuchnął ten pierwszy ganiąc bezpośrednio swojego towarzysza, który aż zadrżał na jego krzyki.
- Chłopaki ciszej, bo nas ktoś jeszcze usłyszy! - zganił ich piąty członek załogi, który potrząsnął na ich zachowanie głową wyrażając tym samym pełną dezaprobatę.
- Właśnie chłopcy - warknąłem wychylając się zza rogu - Ale już za późno - zaśmiałem się cicho - Zdecydowanie za późno - mówiąc ostatnią ze swoich kwestii, złapałem pierwszego rzezimieszka za szyję, w której już po kilku sekundach utknęło śmiercionośne ostrze noża - Zacznijmy zabawę - roześmiałem się głośniej wyżynając pozostałą trójkę, ponieważ tego całego Saszę postanowiłem pozostawić przy życiu... W końcu nie był aż taki zły... Nie miał złego zdania o Leonie więc może coś z niego jeszcze wyrośnie. Widząc jak cztery ciała leżą już w równych odstępach na ziemi, dla pewności skopałem ich rozbryzgując krwistą czerwień na i tak brudne od kurzu ściany.
- Reker? - usłyszałem nagle za sobą głos Oliviera, który przytrzymał mnie stanowczo za ramię.
- Mówiłem, że mnie nie powstrzymasz - mruknąłem przechylając ku niemu zakrwawioną twarz - Zapłacili za to, że skrzywdzili moją rodzinę... Ten niech żyje - mówiąc to skazałem klinga noża w stronę jedynego przetrwałego - Robił wszystko pod presją tamtych - wyjaśniłem na spokojnie wycierając ostrze o nogawki swoich spodni - Raczysz wybaczyć, że wrócę do Leona... Przydałoby się też, aby ktoś to posprzątał... Chyba, że chcecie aby capiło w całym obozie rozkładającymi się zwłokami - dałem swoją sugestię zaczynając wycofywać się w stronę szpitala z nadzieją, iż stan mojego brata choć trochę się poprawił.
- Czy to był nieśmiertelny? - szepnął w ostatnich sekundach Sasza wiercąc mi dziurę w plecach swoimi brązowymi oczami.
- Można tak powiedzieć... Miałeś szczęście dzieciaku... On nie oszczędza byle kogo - odpowiedział mu starszy żołnierz, a już po chwili nie było mi dane słyszeć jego dalszych słów. Bez ociągania wdrapałem się na strome schody unikając jak zwykle większości ludzi. Nie zamierzałem się teraz na nikim skupiać, nie licząc oczywiście Leona, do którego właśnie zmierzałem. Będąc na odpowiednim piętrze, przed odpowiednimi drzwiami, rozejrzałem się dookoła siebie. Pustaka. Ogromna pustka i nic więcej... W następnej chwili dopiero powstał dźwięk ciągnięcia klamki w dół, a później moje nogi same poprowadziły mnie w stronę krzesła znajdującego się przy łóżku mojego bliźniaka.

<Leon? :3 Uratowany xd>

Od Leona cd. Reker'a

Zdziwiłem się bardzo że przywódca tych calych Duchów nic nie zrozumiał z tych szyfrów gdyż byłem pewien że te metody szyfrujące są wszystkim bylym zawodowym żołnierzom znane ale jak widać się pomyliłem... Jak widać tylko Breyk znał te szyfry czyli inaczej ten żołnierz który mnie tego wszystkiego nauczył tyle że to był żołnierz starszej daty niż owy przywódca tego obozu. Eh... Breyk to był facet na prawdę z jajami i miał łeb na karku. To on właściwiw zwrócił na mnie większą uwagę w armii i się mną zajął. Był nie tylko przyjacielem ale i także traktowałem go jak ojca którego wtedy jeszcze nie miałem czy też nie miałem okazji poznać. Nauczył mnie rozbrajać bąby i jak wcześniej wspomniałem, rozszyfrowywać tajne wiadomości na kilka sposobów. Szkoda Breyk że Cię tu nie ma... przeszło mi smutno przez myśl gdy przywódca obozu kazał nam wyjść i iść odpocząć. Byłem zmęczony owszem ale nie chciało mi się spać. Nadal bardzo to wszystko przeżywałem w duchu i myśl że mam teraz rodzinę wydawała mi się niesamowita ale i też dziwna. Poza tym mało wiedziałem dalej o tych obozach w dzisiejszych czasach. Dodatkowo bylo mi dziwnie bo miałem wrażenie że ciągle ktoś na mnie patrzy... W ogóle ludzie dziwnie się na mnie patrzyli czego nie rozumiałem i przez myśl mi przeszło że jednak pewnie myślą o mnie że jestem ten zły i niedobry bo miałem naszyfkę Demonów przy sobie. Poza tym to ciężko mi było zaufać innym i ciągle patrzyłem czy nikt nie chce mnie zaatakować czy zabić. Nie chciałem znowu trafić tam gdzie trafiłem tutaj na początku... Ci ludzie byli tak źli że myślałem że trafiłem do piekła i że zaraz mnie tak skatują i zmaltretują o coś czego nie zrobilem i kim nie byłem że ba samą myśl przechodziłi mi ciarki po plecach. Miałem w duchu nadzieję że to z tą rodziną to nie żadne kłamstwo bo tego bym nie przeżył gdyby ktoś chciał się zabawić moim kosztem... Chciałem tylko spokojnie żyć nic wiecej... Choć słowo spokojnie w tych czasach to drobna przesada. Aż ciężko jest uwierzyć że to o czym kiedyś pisano w książkach fantasty czy grali w filmach stanie się rzeczywistością. Tia... nie ma to jak charczące zombie. Słysząc pochwałę brata zrobilo mi się cieplej na sercu no i takie mile to bylo bo nie pamiętam kiedy ostatnio bylem za coś chwalony zwłaszcza że mój brat jest bardziej doświadczony ode mnie i więcej umie niż ja choć on pewnie twierdzi co innego, wiec pochwała od niego była dla mnie czymś wyjątkowym.
- Dzięki brat - odezwałem się cicho po czym pomoglem mu iść gdyż zauważyłem jaki ma problem z nogami i iściem na przód. Na medyczny dotarliśmy nawet szybko i niestety od razu dorwali nas niezadowoleni lekarze którzy zauważyli naszą nieobecność. Od razu kazali nam leżeć i podali jakieś leki dożylnie po których zachcialo mi się spać i usnąłem szybko, co pewnie bylo wynikiem tych lekow.
~~~~~~~~~~~~~☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆☆~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Minął jakiś czas i brat musiał opuścić ten obóz bo jakiś Eric go wzywał i tak zostałem sam w obcym obozie. Ojciec też musial wracać co nie ukrywam nieco mnie przerażało gdyż bałem się zostać sam w takim obozie ale nic nie mówiłem by nikomu głowy nie zawracać. Siedziałem więc sam w swoim "nowym" pokoju i rozglądałem się z łóżka po moih nowych "włościach". Bylo tu łóżko, biurko, niewielka szafka na ubrania no i niewielkie okno z zasłonką ciemną by w razie co wstajace slońce nie razilo mnie po oczach. Pewnie pojechali i o mnie zapomną... W końcu jestem tylko przybłędą w ich rodzinie a ja nikomu nie jestem potrzebny bo mam małe doświadczenie i nikt mnie nie lubi - pomyślałem smutno i nieco bardziej zakrylem się cienkim kocem. Może i na dworze był upał ale tu w środku bylo zimnawo. Wolałem nie wychodzić z pokoju i nikomu się nie pokazywać by nikogo nie złościć swoją obecnością co wiązało się z niejedzeniem przez dłuższy czas ale cóż... Wolałem to niż słuchanie przykrych słów a poza tym i tak nie wiedziałem gdzie jest ta ich stołówka i w ogóle. Tu była istna plontanina korytarzya znajac moje szczęście to zapewne od razu bym się zgubił. I tak przesiedziałem z kilka godzin aż stalem się bardziej głodny więc zacząłem rozważać czy nie wyjść jednak i czegoś nie zjeść. Moje rozmyślenia jednak przerwało ciche pukanie do drzwi co mnie zdziwiło. Niepewnie wstałem i w pierwszej chwili pomyślałem że lepiej to zignorować i udawać że mnie nie ma ale w następniej chwili pomyślalem iż to może myć mój brat więc poderwałem się na równe nogi i podeszłem do drzwi choć nieco się obawiałem. Niepewnie otworzyłem drzwi i zobaczyłem nie mojego brata tylko jakiegoś innego chłopaka więc sie speszyłem i moja pewność siebie znowu drastycznie spadła.
- O co chodzi? - spytałem cicho.
- Chodź przywódca chce z Tobą mówić - mruknął do mnie.
- Ze mną? - zdziwiłem się - Niedawno z nim rozmawiałem przecież - dodałem jeszcze co mu się nie spodobało.
- A skąd ja mam wiedzieć po co chce z Tobą rozmawiać? Przyslał mnie tu to przyszedłem po Ciebie - butknął - Leziesz czy nie? - dodal i odwróci sie do mnie plecami i zaczął iść korytarzem. Wydało mi się to dziwne lecz nie chciałem się narażać na gniew przywódcy obozu dlatego ruszylem szybko za mężczyzną który nic nie mówiąc prowadził mnie schodami w dół co mnie zdziwiło.
- A do przywódcy to czasem nie idzie się do góry? - spytałem niepewnie.
- Kiedyś się tam szło ale na razie jest remont jego gabinetu więc jest na dole przez jakiś czas - odparł sucho więc sie zamknąłem i potulnie szedłem za nim nie chcąc sprawiać problemów zwłaszcza że i tak był wystarczajaco zły iż zadaje tyle pytań. Być może wrócił z jakiejś misji czy coś i był zmęczony a jeszcze go po mnie wysłali. Szliśmy dość długi aż kazał mi wejść przez jakieś drzwi pierwszemu.
- To tutaj właź - burknął znowu wiec też tak zrobilem lecz ku mojemu zdziwieniu byl to pusty pokój a raczej chłodnia!
- Co je.... - nie dokończyłem gdyż odezwał się on za moimi plecami z resztą przez co poczułem też ciarki po plecach.
- Pozdrowienia od Duchów skurwialy Demonie - usłyszałem po czym nim zdołałem sie odezwać, dostalem czymś ciężkim w głowę po czym straciłem przytomność...
~~~~~~~~~~~☆☆☆☆☆☆☆☆☆~~~~~~~~~~~~~~~
Obudziłem się ze strasznym bólem głowy i nudnościami lecz nie to bylo najgorsze gdyż czułem straszne zimno które wręcz paraliżowalo moje ciało. Otworzyłem szybko oczy i zobaczyłem że leżę w jakiejś chłodni. Dookoła było pełno lodu a para leciala mi z ust. Nie mialem na sobie swojego munduru wojskowego na klatce piersiowej więc tylko bylem w samej koszulce i strasznie marzłem. Podniosłem sie jakos z jękiem i podszedłem do drzwi i starałem się je otworzyć lecz drzwi ani drgnęły i zacząłem czuć jak amarzają mi palce i ramiona. Umrę tutaj... pomyślałem dygocząc z zimna po czym upadłem na zmarznietą podłogę. Byłem pobity i nie mialem nic przy sobie wiec to tylko kwestia aż tu zamarznę na śmierć.

< Reker? ;3 ratuj braciszka!! xddd >