poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Od Kiasa cd. Clancy'ego "Czyż nie mogło być lepiej?"

Słysząc rozgniewany głos Erica dochodzący zza nieoznaczonych drzwi, domyśliłem się, że właśnie kogoś dźga bądź je spierdolony do reszty obiad. Jego humorki były różne. Raz się cieszył jak małe dziecko, a na drugi dzień mógł zamordować każdego bez najmniejszego powodu. Mówię wam jak baba mająca okres! Mimo wszystko i tak każdy z obozu na swój własny sposób go uwielbiał, bo w końcu gdyby nie on, nie byłoby tu i nas. Do dzisiaj pamiętam dzień, w którym się poznaliśmy. Może i nie należał on do tych najprzyjemniejszych, lecz z pewnością dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, iż jeszcze żyję. Biorąc głęboki wdech, nacisnąłem złotą klamkę drzwi, które ukazały nam dość sporych rozmiarów gabinet. Wiedząc, że chodzi tutaj głównie o tego wysokiego chłoptasia, wepchnąłem go jednym ruchem ręki do środka, ale ten nie wydawał się być w najmniejszym stopniu przestraszony. Dębowe biurko, za którym siedział nasz przywódca było pokryte szkarłatną krwią, a ciało upchniętego przed nim człowieka, raz po raz wydawało dziwne dźwięki.
- Mówiłem nie wchodzić! - warknął wycierając swoje dłonie chusteczką wielokrotnego użytku - Co to za dzieciak? - wbił swoje plecy mocniej w oparcie skórzanego, obrotowego krzesła, które pod jego siłą przekręciło się ciut mocniej w prawą stronę.
- Clancy - przedstawiłem krótko brązowowłosego, który na szczęście nie okazywał jakiegoś większego strachu - Nie gada... Pisze jedynie w notesie... Chciałby do nas dołączyć... Jest czysty, sprawdzałem go - wyjaśniłem po chwili widząc, że chce zadać wielkoludowi jakieś pytania. Saw pokiwał na to głową chwileczkę się zastanawiając. Przez dobre pięć minut jeździł swoim mrożącym krew w żyłach wzrokiem po naszej dwójce, aż w końcu westchnął przecierając lekko przemęczone oczy.
- Trudno będzie ci znaleźć jakąś funkcję obozową Clancer - zmienił nieco jego imię spoglądając na tonę niewypisanych jeszcze papierów. Od zawsze tego nie znosił i w sumie mu się nie dziwiłem, bo kto by nie wolał spędzać teraz czasu z resztą rodziny? Zwłaszcza jeśli zacząłeś planować w końcu jakiś, apokaliptyczny ślub. Sam musiałem nad tym zacząć solidnie myśleć, bo wiecznie tym narzeczonym nie mogę pozostawać, zwłaszcza jeśli mam już jedno dziecko chcące wychowywać się w normalnej rodzinie.
Mogę pomagać przy papierach - szybkie machnięcie długopisem o papier ukazało naszym oczom całkiem ładne zdanie.
- Ty jak na razie dostaniesz własną kwaterę - wskazał chudzielca palcem podnosząc się nieco znad siedziska krzesła - Kias zaprowadź go pod 156! Zwolniła się ostatnio... - zamilkł rzucając w moje ręce czarne jak smoła kluczyki z zamalowanymi na rączce różowymi kropkami - A teraz won mi stąd! Mam zbyt dużo rzeczy na głowie - wygonił nas z pomieszczenia swoją agresją, której chcąc nie chcąc musieliśmy ulec.
- Było całkiem nieźle - klepnąłem chłoptasia dość mocno w plecy co poskutkowało jego kilkukrotnym kaszlem - Dobra, dobra, nie mam całego dnia. Chodźmy już - pociągnąłem go za rękę w stronę dolnego piętra, gdzie prędko odnalazłem odpowiednie drzwi. Żyjąc tu już prawie przez trzy lata, byłem wstanie poruszać się po ratuszu nawet z zawiązanymi oczami. Oddając niebieskookiemu jego nową własność, wyjaśniłem mu pokrótce co gdzie i jak ma rozmieszczone. Nie zawracając już mu głowy, udałem się tajemnymi korytarzami do krainy szpiegów gdzie normalny człowiek nigdy nie zagląda. Już na samym początku dopadł mnie Leon, który zaczął przetrzepywać moje kieszenie w poszukiwaniu ciekawych fantów - Nie mam nic co bym mógł tobie dać - mruknąłem pstrykając go w czoło - Ale za to wiem gdzie Florek zostawił dwie flaszki whisky, a vodkę też się znajdzie - uśmiechnąłem się chytrze, co natychmiastowo odwzajemnił.
- Mason musi siedzieć przy żonie z dzieciakami więc sami się tym zajmiemy - zatarł zadowolony rączki niczym jakiś złoczyńca - No chyba, że masz jakiegoś delikwenta na jego miejsce - skrzyżował ręce na piersi wbijając we mnie oczekujący wzrok. Oblizując swoje przesuszone wargi, zacząłem szybko myśleć na temat kogo możemy wcisnąć na siłę do naszej ekipy od chlania. Kris jest na misji, Blake jest udupiony u dziewczyny, Rafael siedzi z siostrą - przy każdym słowie marszczyłem coraz bardziej swoje brwi - A ten nowy którego przywlekłeś? Może go przetestujemy? - zaproponował nagle kierując się w stronę wyjścia z kryjówki.
- A niech będzie... Co nam szkodzi - wzruszyłem ramionami ruszając w drogę powrotną do miejsca, gdzie przyszło mi zostawić naszą niemowę. Pukając w drzwi niczym ruscy żołnierze, zaczęliśmy oczekiwać dalszego rozwoju wydarzeń.

<Clancy?> 

sobota, 11 sierpnia 2018

Od Clancy'ego (fabularnie sprzed wojny)

~2/3 grudnia 2019 roku~
Równo o 23.50 odezwał się ustawiony przeze mnie alarm w telefonie. Sięgnąłem po niego i na ślepo wyłączyłem, by powtórzyć ten sam proces pięć minut później. Tym razem zmusiłem się do otworzenia oczu i przypilnowania siebie, by ponownie nie zasnąć. Ciemność wokół zaczęła się zmniejszać wraz z tym, jak moje oczy się do niej przyzwyczajały. Dojrzałem zarysy mebli i swoich rzeczy pozostawionych tam poprzedniego wieczoru. W końcu zmusiłem się do opuszczenia łóżka i dotarcia pod okno dokładnie minutę przed północą. Co chwilę odblokowywałem telefon w oczekiwaniu na równą godzinę. Kiedy tylko ta zawitała na ekranie zerknąłem na zewnątrz. Warstwa śniegu pokrywała każdy centymetr ziemi, a kolejne płatki powoli spadały z nieba. Najlepiej było widać to w świetle latarni stojącej przy odśnieżonej ścieżce otaczającej dom.
Ubrałem się i bezszelestnie wyszedłem na zewnątrz. Chłodne powietrze przyjemnie otulało moje płuca pobudzając mnie do szybszego marszu. Kroczyłem dróżką wokół domu, aż dotarłem na tyły posiadłości. Kolejne lampy odsłaniały przede mną nieprzeniknioną ciemność, chociaż i bez nich doszedłbym tam, gdzie chciałem. Oprócz garażu z przodu domu posiadaliśmy także drugi, większy na tyłach. Tam też znajdował się drugi wyjazd oraz budka strażnika. Starszy facet przymykał oko na moje nocne wypady, co powtórzyło się także tym razem. Grzecznie otworzył bramę i pozdrowił mnie kiwnięciem głowy, kiedy opuszczałem dom w swoim nowym pojeździe.
Sprawiłem go sobie na ten dzień i byłem bardzo zadowolony z dokonanego zakupu. Co prawda przekroczył on budżet, jaki ustalił mój ojciec ale nie było to coś, czego nie mógłby przełknąć. Siedemdziesiąt tysięcy w tę czy we w tę nie zrobi mu różnicy, a ja mam chociaż jedną ładną zabaweczkę. Chevrolet Camaro z 1967 roku zrobiłby wrażenie na miejscowych, gdybym tylko wyjechał nim w samo południe, nie ledwo co po północy. W takich godzinach przeciętne szaraki grzały miejsca w swoich posłaniach, obarczeni zbyt wielkim strachem, by wędrować ulicami wielkiego miasta. Zdarzały się wyjątki, których odwaga doprawiana była zazwyczaj procentami i nie była do końca prawdziwa.
Choć z reguły nie byłem zgrywusem, teraz sprzyjało mi i dobre samopoczucie i zabawne pomysły na przestraszenie kilku włóczęgów. Krążyłem przypadkowymi ulicami nie przekraczając prędkości siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Jaka byłaby przyjemność z jazdy tak pięknym autem, gdyby pędziło jak na złamanie karku i nie pozwalało na podziwianie swej urody?
Wycieraczki zmiatały płatki śniegu z szyby, nim zdążyły się rozpuścić i jeszcze bardziej ograniczyć moją widoczność. Po dwudziestu minutach podążania jasnymi ulicami miasta zdecydowałem się na jego opuszczenie. Chociaż całe życie nie wyjeżdżałem poza stan, w którym się urodziłem, a mój dom zmieniał się średnio raz na rok nigdy nie zawitałem do Nowego Jorku. Nie było to coś, nad czym mógłbym zapłakać, jednak sama myśl o tak wielkiej metropolii przyprawiała mnie o mdłości. Już to miasto było dla mnie za duże, a był to ledwie ułamek tego, co mógłbym zobaczyć tam.
Minąłem luksusową dzielnicę na której mieścił się mój obecny dom i podążyłem drogą wyrytą mi w pamięci tak dobrze, jak swoja własna data urodzenia. Uliczne latarnie w tej okolicy rozstawione były w większych odległościach od siebie, a pobocza obrastały łyse krzaki. Nie było tu też chodnika, który zaczynał się dopiero kawałek przed miastem. Idealne miejsce, by zgarnąć jakąś zbłąkaną duszyczkę i trochę sobie pożartować.
Jak urodziny to urodziny, już po kilku kilometrach minąłem jakąś niewiastę brnącą w tym zimnie w stronę miasta. Minąłem ją wsłuchując się w przyjemne odgłosy silnika, ujawniające się po dodaniu gazu. Odwróciła wzrok za odjeżdżającym pojazdem myśląc pewnie, jaki to pech, iż nie zmierza w przeciwnym kierunku. Spoglądałem w boczne lusterko jeszcze przez chwilę, dopóki postać całkiem nie zniknęła w ciemności. Ostrożnie zawróciłem pojazd i zatrzymałem się na poboczu. Pozostawiłem włączone światła i włączyłem telefon. Przeglądałem internet jakiś czas, po czym ruszyłem w drogę powrotną.
Dziewczyna w moim wieku, ubrana od stóp do głów na czarno wydała się wielce zaskoczona, kiedy pasujący do jej ubioru kolorem Chevrolet zatrzymał się tuż obok niej. Opuściłem lewą szybę, wcześniej zakładając na gołe dłonie skórzane rękawiczki.
– Może panią gdzieś podwieźć? – uśmiech z serii "najlepszych" sprzedał się od razu.
To w końcu moje urodziny.

C. D. N.

piątek, 10 sierpnia 2018

Od Clancy'ego cd. Laurencego

Kolejny dzień lata rozpoczął się dość przeciętnie w przeciwieństwie do tego, jak się zakończył. Jeszcze przed południem wyruszyłem do biblioteki, od której dzieliło mnie jedynie kilka kilometrów. Pośród swoich myśli cały czas przypominałem sobie o ukrytej broni, którą nosiłem za paskiem na wszelki wypadek. W końcu w każdej sekundzie mógł stanąć przede mną jakiś trup. Albo pięć. Stawiając krok za krokiem i niewiele interesując się otoczeniem, w dość krótkim czasie znalazłem się pod biblioteką.
Kilka następnych godzin spędziłem w samotności i ciszy, analizując mapy i zapamiętując wszystkie miejsca, o których istnieniu powinienem wiedzieć. Cały ten spacer z rana dobrze mi zrobił, co nie oznaczało jednak, bym był w stanie przesiedzieć pół dnia nad mapami, które po jakimś czasie zaczęły się mieszać przed moimi oczami. Zarządziłem sobie przerwę, podczas której przemierzałem bibliotekę w poszukiwaniu czegoś lub kogoś ciekawego.
Sensacja sama znalazła mnie, zanim jednak wszystko się zaczęło, przez pewien czas obserwowałem pewnego faceta. Niski brunet nic nie czytał, jedynie krążył między regałami z głową w chmurach, przesuwając palcami po okładkach książek. Jeśli szukał jakiegoś konkretnego tytułu, szło mu marnie, na dodatek poza budynkiem słychać było coraz więcej warkotów i pomruków tych łażących śmieci, którym w głowach jedynie żarcie.
Jedna z grup zgromadzona przy najbliższej ścianie zdecydowała się na jak najszybszą ewakuację. Troje młodych mężczyzn ruszyło do wyjścia, potrącając faceta w okularach i prawie taranując również i mnie. Udało mi się uskoczyć w stronę regału za mną, który zachwiał się niebezpiecznie. Ku mojemu szczęściu nic nie runęło mi na głowę, również nikt więcej nie próbował na mnie szarżować.
Kobieta o jasnej karnacji, ubrana od stóp do głów na czarno wyłoniła się zza regału, wyminęła leżącego na ziemi faceta, po czym niefortunnie stanęła na jego okularach. Rzuciła spojrzeniem w ich kierunku, po czym kontynuowała swój marsz, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Kiedy spada śnieg i wieje biały wiatr, samotny wilk umiera, ale stado przeżyje.
Nie musiałem powtarzać sobie tej sentencji drugi raz. Bardzo dobrze wiedziałem, co znaczy. Ruszyłem do powoli podnoszącego się z ziemi bruneta, a będąc już przy nim, przykucnąłem i odłożyłem swój notes. Coś wstrzymało mnie na chwilę, kiedy ujrzałem jego rozbiegany wzrok, usilnie próbujący skupić się na czymś przed nim. Z ciekawością czekałem na rozwój sytuacji, który nie nastąpił. Jedynie co otrzymałem to odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, czy bez okularów był aż tak nieporadny.
– Jest tu ktoś?
Zdusiłem w sobie śmiech i powróciłem do oryginalnego planu podniesienia mężczyzny z ziemi. Złapałem go pod ramię i wraz z pomocą regału za nami ustawiłem go do pionu. Schyliłem się jeszcze po okulary, których lewe szkiełko było pęknięte, a oprawka zniekształcona. Wyglądały marnie, jednak nadal były zdatne do użytku. Zwróciłem okulary właścicielowi i na szybko naskrobałem na czystej stronie w swoim notatniku "Masz jakąś broń?". Jak na zawołanie ktoś na zewnątrz zaczął oddawać pojedyncze strzały, przyciągając do siebie większą uwagę tych umarłych, którzy próbowali dostać się do nas.
– Mam to – sporych rozmiarów nóż myśliwski zaświecił przed moimi oczami. Powinien wystarczyć, jeśli potrafi się nim posługiwać.
Bez zbędnych słów udaliśmy się za resztą na zewnątrz, gdzie każdy rozchodził się w swoją stronę. Nie było to jednak tak łatwe - z każdej ulicy napływały coraz to większe grupki gnijących truposzy, za którymi ciągnął się niesamowity smród. Byliśmy ostatni w samym centrum niezbyt wesołego zajścia.
Cholera. Myśl.
Układając plan w głowie, sięgnąłem po podarowaną mi broń. Na szczęście nadal znajdowała się na swoim miejscu i to w jednym kawałku. Nie wiadomo, z jakiej racji towarzyszący mi facet wydawał się ufać mojemu osądowi i planowi, którego jeszcze nie miałem. Czekałem na okazję, zaciągając się dużymi haustami powietrza, a kiedy ta nastała wskazałem palcem miejsce, gdzie nie było praktycznie ani jednego trupa.
Ruszyliśmy.
Nabranie prędkości zajęło nam chwilę, potem tylko przyspieszaliśmy. Po drugiej stronie ulicy któryś z rozpadających się nieumarłych złapał za róg mojej koszuli, skutecznie zatrzymując mnie w niedogodnej pozycji pomiędzy ścianą budynku a kilkoma innymi zdechlakami. Nim zdążyłem wyciągnąć broń przed siebie, ręka trupa przyjęła solidnego kopa od bruneta i rozluźniła uścisk. Podziękowałem mu kiwnięciem głowy i znów zebrałem się do biegu.
Uciekaliśmy ramię w ramię tak długo, jak pozwalały nam na to siły. Oddychaliśmy szybko, serca kołatały nam w klatkach piersiowych, myśli odpływały, pot spływał po plecach, echo niosło nasze kroki w nieznanych kierunkach. Banda nieumarłych pozostała daleko w tyle. Udało się uciec, szczęście naprawdę dziś mi dopisywało.
Podczas ucieczki opuściliśmy teren miasta, co było dość sporym wyczynem. Wycieńczeni i spragnieni zatrzymaliśmy się w jednym z rozpadających się domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta. Gdybym przechodził tędy  drugi raz - nie powiedziałbym, który to był dom. Każdy wyglądał identycznie z zewnątrz, jak i w środku. Nie znaleźliśmy nic pożytecznego, nie mieliśmy nic przy sobie, jakby świat zaczął się wczoraj.
Usiadłem przy stole w dawnej jadalni budynku. Pomieszczenie było małe, z jednym oknem naprzeciw mnie i wyblakłą, odchodzącą tapetą. Krzesło na którym usiadłem trzeszczało, jednak pomimo swojego tragicznego stanu nie zarwało się pod moim ciężarem. Notes odłożyłem na stół i skrzyżowałem na nim ręce, po czym opuściłem na nie głowę. Zastanawiałem się, co dalej zrobić z tym niezwykłym towarzyszem. Porzucić, wziąć ze sobą, a może zabić? Podłoga zaskrzypiała kiedy obiekt moich przemyśleń podszedł do krzesła naprzeciw mnie i usiadł na nim, zasłaniając światło zza okna.
– Porozmawiamy?

Laurence?

niedziela, 5 sierpnia 2018

Od Laurencego cd. Clancy'ego

Spojrzałem na tumany kurzu wzbijające się w powietrze, kiedy kolejna para butów odznaczyła swój odcisk na poszarzałej płycie. Uniosłem zmęczone oczy, a mój wzrok padł na brudną twarz, zatopioną w dżungli czarnych włosów.
- Adam - mruknąłem i wolno skinąłem głową, witając mężczyznę. 
- To najdłuższe natarcie, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy - zauważył z przekąsem, któremu towarzyszyła swego rodzaju ulga. Wbiłem wzrok w pustą przestrzeń przede mną, nie reagując na uwagę rozmówcy, ten jakby w ogóle się tym nie zrażając, ciągnął dalej - Jak tak dalej pójdzie, zostanie nas tylko garstka, nie jesteśmy w stanie wiecznie walczyć, bez odpowiednich zapasów. Demony również nam zagrażają - kątem oka zauważyłem jak Adam ściąga brwi i przeciera oczy. - Wszystkich zaczyna to martwić - łypnąłem krótko na brodatego i wydając przy tym gardłowy pomruk. Nie chciałem brać udziału w jego pesymistycznych zapędach, rozsiewanie złych nowin nikomu nie służy. Podniosłem się z brudnej powierzchni i otrzepałem podarte spodnie. Nie racząc wyższego rangą, nawet oschłym pożegnaniem wszedłem do budynku, gdzie dobiegające mnie głosy oceniały skalę zniszczeń.
Kiedy głuchy łoskot drzwi przykuł uwagę wszystkich obecnych, jeden z nich rzucił mi szczególnie zatroskane spojrzenie. Młody chłopak, przebił się przez tłum rosłych mężczyzn i wcale nie odstających od nich kobiet i dobiegł do mnie, zbyt gwałtownie wymachując przy tym dłońmi. Moje kąciki ust niemal uniosły się w górę, widząc jego przejęcie.
Niemal, bo koniec końców, postanowił się odezwać.
- Daveth - wydyszał, zbyt szeroko otwierając usta - Twoje książki, one wszystkie - nie jestem pewien co powiedział dalej. Jego słowa rozmyły się między ludzkimi ciałami, przez które się przeciskałem. Nie chciałem uwierzyć, że wszystkie książki, które tak rzetelnie zbierałem od dwóch lat, zostały zniszczone w zaledwie pięć dni. Dopadłem ciężkiego, lipowego wejścia, chwytając za pozłacaną klamkę. Ta, jakby przedłużając chwilę mojego zwątpienia, nie chciała ustąpić. Ostatecznie naparłem na wrota biodrami, a te puściły wpuszczając mnie prosto w paszczę lwa. Wszystkie półki, które zdobiła moja kolekcja literatury, leżały teraz na ziemi, wśród podartych okładek i pogniecionych stron, niektóre z tomów wyglądały jak pogryzione, inne zaplamione nieznanymi mi substancjami. Zachowując resztki spokoju, poczułem, jakby moje ciało zawisło na żyłce, a powietrze świsnęło wylatując pomiędzy moimi zębami. Przez moment, w którym pozwoliłem sobie na smutek, odniosłem wrażenie, że ktoś wyrwał mi kawałek serca, razem z dwoma, długimi latami mojego życia.
Książki, były dla mnie czymś naprawdę istotnym. Czasem miałem wrażenie, że zbudowałem z nich mur, wokół swojej głowy, żeby nie zwariować. Teraz cały ten mur zburzono.
Tylko kiedy? Jak? Czemu tego zauważyłem? Przecież szturm na moją bibliotekę musiał trwać znacznie dłużej niż dziesięć minut. Spojrzałem smutno na stary tom książki "Duma i uprzedzenie", którą tak uwielbiałem. Na zniszczonej okładce widniało już tylko złote du, a postaci na dole zostały całkowicie pozbawione kończyn.
- Wątpię by w bibliotecznych pozostałościach znalazły się utracone tytuły. - troskliwy głos zza moich pleców otoczył pomieszczenie. Opuściłem ramiona, garbiąc się przy tym i spuściłem wzrok. - Ale może gdybyś sprawdził... - spojrzałem na blondyna, gdy ten kucał u mojego boku.
Ivan, chłopak, który od lat śmiało i przeciw wszystkiemu nazywał się moim przyjacielem. Który śmiało twierdził, że odnalazł złoty środek między mną, a mną.
Nie do końca się z nim zgadzałem.
- Masz rację - mruknąłem, z największą powagą w głosie, na jaki było mnie stać. Ostatni raz rozejrzałem się po pomieszczeniu. Miałem wrażenie, że ktoś wsadza mi pod skórę igiełki. Powoli docierały do mnie coraz to nowsze myśli, dlaczego pozwoliłem by splądrowano moją cichą przystań? Czemu nie strzegłem miejsca, na którym mi tak zależało - Napluj mi na twarz, jeśli możesz - mruknąłem, Ivan jednak chyba tego nie usłyszał, bo jedynie wstał i wyszedł zostawiając mnie samego.
Westchnąłem cicho, zrezygnowany nieprzyjętą propozycją i również podniosłem się z kolan, delikatnie je otrzepując. Jeśli czegokolwiek te książki mnie nauczyły, to dokładania wszelkich starań, dla własnych celów. Więc trzeba wziąć się w garść i rozpocząć nowe poszukiwania. Tę kupę śmieci, przejrzę później.
***
Publiczna biblioteka wydawała mi się dzisiaj cichsza niż zwykle. Przywykłem do przemykających między regałami postaci, które jeśli nie unikały siebie nawzajem, to tak jak ja, w literackiej podróży, unikały własnych osobowości.W ciszy i spokoju mogłem dokładniej skupić się na budynku, który nagle wydał mi się zupełnie obcy. Przesiąknięty zapachem stęchlizny, kurzu i starego papieru witał nowych gości grzybem na ścianach. Z biegiem lat, wiele książek powoli traciło na jakości ich kartki tworzyły delikatne fale, od masy ludzkich dłoni, które po nich przesuwały, litery nie były już tak czarne, a okładki spochmurniały, tracąc kolor. Wątpiłem by udało mi się znaleźć tutaj śnieżnobiałe tomy, jakie gościły na półkach mojego azylu.  Gotów ruszyć do przodu przemierzałem czerwony, gruby dywan, pomiędzy rzędami, szukając tego, który jako pierwszy przyciągnął moją uwagę. Jakby najmniej zniszczony, z największą ilością książek. Zmarszczyłem brwi, zainteresowany zjawiskiem przesuwając po nieco zakurzonych grzbietach, gdy moich uszu dobiegł niepokojący dźwięk. Znajomy warkot, który przez ostatnie pięć dni huczał w pałacu, zapowiadając śmierć. Spiąłem całe swoje ciało, gdy do moich uszu dobiegło moje własne bicie serca. Nerwowo próbowałem otoczyć wzrokiem całe pomieszczenie by zlokalizować źródło problemu. Ludzie zachowywali się jakby nic nie słyszeli i przez chwilę miałem wrażenie, że po prostu się przesłyszałem, kiedy grube warknięcie ponownie otoczyło mury budynku. Jakby w zwolnionym tempie mój mózg przyswoił informację o zagrożeniu i wolnym krokiem zacząłem kierować się w stronę głosu, gotów podjąć walkę. Jeden z gapiów, jakby kompletnie nieprzygotowany podjął się ucieczki i zbyt mocno naparł swoim barkiem na moje ciało. Runąłem na ziemię, kompletnie zdezorientowany czując jak moje okulary zsuwają się z nosa i upadają na ziemię. Serce, gwałtownie podskoczyło mi pod gardło kiedy kolejne kroki zaczęły dobiegać moich uszu, odruchowo zacząłem się cofać, nim moja ręka dotknęła okularów, a ich pękający dźwięk był dla mnie niemal namacalny.
Cholera.
Cholera.
Kurwa.
Zimny pot oblał moje czoło, wytężyłem pozostałości swojego wzroku jak mogłem najmocniej by odróżnić chociaż kontury otaczających mnie obiektów. Przywarłem plecami do zimnego materiału oczekując dalszego rozwoju wydarzeń.
- Jest tu ktoś? - zawołałem z nadzieją słysząc cichy szmer, którego nie umiałem określić.
Nikt jednak się nie odezwał.

Clancy? xd

Od Clancy'ego cd. Kiasa "Czyż nie mogło być lepiej?"

Chodzenie z głową w chmurach od zawsze było moją domeną, toteż i tym razem nie zawiodłem w tej kwestii. Złapanie się w sidła było świetnym pokazem moich słabych stron. Nie można na długo pozostawiać mnie bez atencji, chociaż bardzo to lubię. Podniosłem się z ziemi i otrzepałem dłonie z brudu. Chwilę obserwowałem w milczeniu Kiasa skupionego jedynie na swoim czworonożnym przyjacielu, rozmasowując obolały kark. Mężczyzna w końcu wyprostował się i spojrzał w moją stronę z nieco rozbawionym spojrzeniem.
Przez resztę wieczoru zaobserwowałem u mężczyzny znaczną poprawę humoru. Nie wiem, czy to psiak aż tak bardzo na niego wpłynął, czy kryło się za tym coś więcej, ale miałem do czynienia z nowym człowiekiem. Tarzaliśmy się razem w błocie, przytrzymując naszą kolację, próbowaliśmy każdego liścia, by wybrać odpowiednią mieszankę ziół na przyprawę i unikaliśmy szarż wielkiego psa. Niby robiliśmy te wszystkie, ważne rzeczy, ale i tak przed posiłkiem oboje masowaliśmy twarze obolałe z powodu sporej dawki śmiechu.
– No dobra, czas spróbować naszej kolacji. Gość pierwszy – wyciągnął w moją stronę patyk z nadzianym na nim kawałkiem mięsa. Opiekaliśmy je nad ogniem dość długo, więc nie powinno być już surowe. Coś jednak nie pasowało mi w tym posiłku i nie był to zapach trawy. – Jedz, nie umrzesz od tego.
W takim świecie głupio byłoby umrzeć od jakiegoś ptaka, na dodatek już nieżywego. Wizja tak głupiej śmierci w moim wykonaniu, to było coś. Doszedłem do wniosku, że z moim szczęściem pewnie kiedyś umrę od zakrztuszenia się własną śliną i zabrałem się za jedzenie. Nie był to najgorszy posiłek, jaki jadłem, lecz nie było to coś godnego zapamiętania. Było, minęło, lepsze to niż chodzenie z pustym żołądkiem.
Przez jasny umysł mojego towarzysza, który na daleki patrol zabrał ze sobą aż nic, noc przyszło nam spędzić na gałęziach drzew. Oczywiście w pierwszej kolejności ktoś musiał się tam wdrapać, podsadzić psa ważącego jakieś milion ton i samemu poradzić sobie dalej. Przynajmniej udało nam się znaleźć drzewo o tak gęstych i grubych konarach, że spadnięcie na ziemię praktycznie nie wchodziło w grę. Co nie znaczy, że nikt tego nie zrobił. Co też nie znaczy, że jak zawsze byłem to ja, ani broń Boże niewinny psiak.
Poranek zaczął się wrzaskiem poirytowanego Kiasa, który na dodatek okładał drzewo, jakby to była jego wina. Zignorowałem to, mocniej zacisnąłem dłonie na notatniku i wróciłem do drzemki. Kolejnym razem zbudziły mnie niepokojące odgłosy używanego noża. Spoglądając w dół, pomiędzy liśćmi zauważyłem nie kogo innego jak faceta wbijającego w pień największą broń z kolekcji wciąż na nowo, żłobiąc w korze korytarze dla robactwa. Westchnąwszy, naskrobałem w notatniku słowa "Świetnie, teraz każdy może za nami podążyć i urżnąć nam głowy we śnie.", wycelowałem dziennikiem w Kiasa, poczekałem, aż zatrzyma się w miejscu i oddałem celny rzut. Przeklął, ale i tak przeczytał, po czym zmarszczył brwi.
– Dobrze, że do wieczora będziemy w obozie – odparł, odrzucając mi notes i zerkając na psa ułożonego między gałęziami. Następnie oparł się plecami o drzewo i usiadł, wyciągając nóż znad głowy. Przyglądał się mu chwilę, obracał, wystawiał w stronę słońca i wzdychał. – Rusz się. I oddaj mi psa. Idziemy, pewnie już czekają.
~~~
– Najlepiej nie odzywaj się niepytany – i znów wrócił ten sam, nudny facet. Dokładnie taki, jakim go poznałem. Zaczął rozmyślać o powrocie i o tym, co będzie musiał powiedzieć szefowi, czy komuś tam. "Dobrze, że wcale się nie odzywam." – No tak – i tyle by było z rozmowy.
Przed południem na horyzoncie zamajaczyło miasto, a w południe umieraliśmy z powodu żaru bijącego z nieba. Długo przemierzaliśmy ulice Little Falls, pośród których Kias wydawał się rozluźniony. Znał teren na pamięć, miał wielkiego wilczura i stos noży. W sumie też czułbym się pewnie, będąc na jego miejscu, choć niestety nie byłem. Zastanawiałem się, jak wygląda życie w obozie. Czy jest tam jakaś rutyna? Jakie dostanę obowiązki?
Wieczorem dotarliśmy przed duży budynek - jak się potem dowiedziałem - ratusz. Podążyłem za moim towarzyszem przez zasieki i patrol, który dokładnie mnie przeszukał, cały czas zastanawiając się, jak duże szanse na przeżycie mam. W końcu, po co komu jakaś bezużyteczna niemowa? Na placu przed budynkiem mijaliśmy sporo ludzi oraz dzieci i co wcale mnie nie zdziwiło - każdy się na nas gapił. Przywykłem do tego już lata temu, więc teraz kompletnie ignorowałem te ciekawskie spojrzenia i dziwne poruszenia, kiedy przechodziliśmy niedaleko jakiejś grupki dyskusyjnej.
Wnętrze ratusza wyglądało na dobrze zachowane, podłogi zdobiły dywany, okna przede wszystkim tam były, na dodatek dało się przez nie cokolwiek zobaczyć. Na parterze kręciło się mniej ludzi niż na zewnątrz - zapewne przez dopisującą pogodę - a jeszcze wyżej nikt. Ostatnio tremę czułem kilka dni temu, kiedy jeszcze obchodził mnie dom z zaopatrzeniem dla grupy. Teraz był nieosiągalny, więc odpowiedzialność za pamiętanie gdzie był, praktycznie zniknęła. Miłym uczuciem było ponowne uczucie skupiającego się umysłu. Niemiła była jednak trema, której pozbyłem się kilka zakrętów przed drzwiami, do których doprowadził mnie Kias.
Głęboki wdech, rozluźnienie ramion, wyprostowanie pleców, strzelenie kośćmi w palcach. Byłem gotowy w więcej niż stu procentach na tę rozmowę. Nie ważne z kim przyszłoby mi się spotkać - szukałem obozu od tak dawna, że potknięcie się tuż przed linią mety brzmiało jak nieśmieszny żart. I nie było realne.

Kias? Będzie chlane.

sobota, 4 sierpnia 2018

"Twoja magia biały króliku Zostawiła napis na murze Postępujemy jak Alicja I wciąż tylko spadamy w głąb dziury Spadamy i tracimy kontrolę"

Imię i nazwisko: Laurence Daveth Hartsfield
Ksywka: "Laurence? Laurku... Moje dziecko, gdybyś kiedyś został sam na tym zniszczonym świecie nikomu nie możesz powiedzieć jak się nazywasz. Na drugie imię dam Ci Daveth i jeśli zniknę, każdemu masz się tak przedstawiać" Tak więc za ksywkę młodego mężczyzny można uznać jego drugie imię.
Wiek: "Anselmie, podaj mi dziennik. Tak, tak właśnie ten, ten, który chcę podarować Laurkowi. Jeśli nie przeżyję porodu, musi wiedzieć wszystko. Musi wiedzieć, że dnia dwudziestego trzeciego lipca, kiedy przyszedł na świat, moje życie stało się piękne" Chłopak wbrew pragnieniom matki, boryka się z problemami tego świata już 23 lata.
Płeć: mężczyzna
Obóz: "Anioł? Ktoś taki jak... Ty? Pragniesz nagle stać się dobrym człowiekiem? Co by powiedzieli Twoi towarzysze, gdyby wiedzieli co zrobiłeś? Dalej byłbyś dla nich odpowiedni?"
Ranga: Członek
Aparycja: "Te okulary... Masz słaby wzrok? Z taką wadą długo nie przeżyjesz w tych czasach."
Nieodłącznym elementem wyglądu Davetha są jego czarne, kwadratowe okulary. Jakkolwiek chciałby się ich pozbyć, nie może ponieważ bez nich staje się kompletnie ślepy i bezbronny.
"Za niski, za szczupły, zginiesz przy pierwszej okazji" 166 centymetrów czystej ignorancji. 50 kilogramów milczącej bezczelności. Może jego aparycja nie należy do tej, najwyższych lotów, jednak w tym średnim ciałku znajduje dość siły by bronić się przed wrogami. Niski wzrost i mała waga są miłą pomocą, by przed nimi uciekać.
Charakter:
"Kiedyś byłeś inny..." 
O tak, dwadzieścia trzy lata temu, kiedy niebo spowiły czarne chmury, a w całym szpitalu zgasło światło, nikt nie przypuszczał, że właśnie na świat przyszedł bezwzględny morderca. Błogie lata dzieciństwa chłopaka, również na to nie wskazywały. Istny aniołek, przysięgający posłuszeństwo swojej matce, któremu wydaje się, że może ocalić całą ziemię. Może czasem jedynie, mruknął coś ze łzami w oczach o nienawiści do ludzi, możliwe, że raz na jakiś czas próbując utulić małego ptaszka, nieumyślnie udusił zwierzątko.
Jednak to tylko przypadki, to tylko dziecko i nie ma się czym przejmować, prawda?
"Anselmie, zobaczysz, wyrośnie z niego dobry człowiek"
Czy można nazwać go dobrym? Niezupełnie. To skrywana od lat tajemnica zmusiła go, by takim się stał. Choć nie zniszczył w sobie tego, kim był, zdołał zdusić samego siebie, odepchnąć na bok to co zasiane głęboko w nim, rozrosło się, powoli rozrywając kawałek po kawałku. Toczy walkę z samym sobą, pomiędzy tym, jakim każdy chce go zobaczyć, a tym co zrobił i jakie konsekwencje niesie to za sobą. Wiecznie milczący unika jak może wszelkich głębszych relacji, ze strachu, że ponownie popełni ten straszny błąd? Może to marność ludzkiego charakteru znudziła go na tyle by odsunął się od ludzi?
"Tak ciężko Cię rozgryźć, czemu nikogo do siebie nie dopuszczasz?"
Zwykle milczący w tym momencie rzuciłby zdawkowym "dopuszczam" i odwrócił wzrok, unikając jakichkolwiek emocji. Obie strony Davetha: ta zła, okrutna i bezwzględna oraz ta cicha i z pozoru dobra, oddziela wąska linia. Mała przestrzeń wypełniona strachem i potrzebą ucieczki, potrzebą drugiej osoby. Oczywiście, przez tą cienką szparę da się przecisnąć.
Tylko jak?
Historia: "Może po prostu urodził się w złym miejscu i czasie... Może da się to jakoś wyjaśnić"
Wersji historii jego życia jest tyle, ile osób kiedykolwiek napotkał na swojej drodze.
Ta prawdziwa jednak, nie jest w niczym wyjątkowa.
Do czasu.
Do czasu, w którym całkiem nie stracił nad sobą panowania i nie dopuścił się tragedii. Czasy apokalipsy nauczyły go, że dla człowieka nie ma rzeczy nie możliwych, jest jedynie to, czego się boimy. Jednak kiedy ryzyko pluje Ci w twarz, a śmierć zdziera ubranie, nie możesz pozwolić sobie na jakiekolwiek obawy. Można by powiedzieć, że chłopak od małego wyzbywał się ich kawałek po kawałku i już w wieku czternastu lat, całkiem pogodzony z wizją tragicznego końca, zrozumiał, że najlepszym wyjściem jest izolacja od bliskich. Ze strachu przed stratą i zranieniem uciekł w głąb samego siebie.
Dopóki nie stało się...
To.
Rodzina: "Od dwudziestego pierwszego roku życia ja i moja rodzina, to mój własny sekret"
Partner/ka: Nigdy nikogo nie miał
Orientacja seksualna: Pociąg do drugiej osoby, rzecz ludzka. Nie wiedzieć czemu wzrok Laurencego zawsze pomykał w stronę chłopaków, płeć piękną omijał szerokim łukiem.
Inne:
*Uwielbia książki, bardzo często zakrada się do biblioteki po coraz to ciekawsze lektury,
*Nie potrafi jeździć na niczym, poza rowerem,
*Jest szybki i zwinny, ale to lata praktyki (czytaj, ucieczek)
*Uwielbia słodycze,
*Walczy jedynie przy użyciu broni białej
Właściciel: Cassilla (howrse)

czwartek, 2 sierpnia 2018

Podsumowanie Lipca

Liczba Postów: 14 ~Postarajmy się w sierpniu o więcej!
Nowi Przetrwali: Gorąco witamy w gronie przetrwałych Clancy'ego Greya & Marshalla Quincy'ego. Życzymy weny i wielu ciekawych wątków!
Pora Roku: Ciągle trwa lato.
Rangi: Oczekują na aktualizację.
Event Zakończony: KRZYŻÓWKA
Nadchodzący Event: Krzyżówka & Kwalifikacje Zawodowe.
Termin Czystki: Początek Września.


Rozdanie Punktów
Clancy - 120 pkt
Lisbeth - 40 pkt

~♦♦♦~
Informacja Dodatkowa
Wprowadzamy na bloga postać miesiąca :) Osoba, która będzie najaktywniejsza w danym miesiącu, dostanie od nas miesięczny tytuł oraz +150 pkt w podsumowaniu.