czwartek, 23 listopada 2017

"Jeder Russe muss sterben" ("Każdy Rusek musi umrzeć")

Imię i nazwisko| Detlef Friedrich Zussman
Ksywka| Niemiec, Nazi
Wiek: 29 lat| Urodziny 3 październik|
Płeć| Mężczyzna
Obóz| Demony
Ranga| Członek
Charakter| Chamski, lubi dużo gadać na początku, aby wybadać drugą osobę, natomiast gdy rozmowa się nie klei nie przejmuje się drugą osobą. Złośliwy, czarujący w swoim szaleństwie dla prostytutek w postapokaliptycznych burdelach, stanowczy. W dzisiejszych czasach jest samotny w swoich ideałach, lecz nie przeszkadza mu to w identyfikacji z grupą, do której należy (najczęściej były to ruchy nazistowskie, teraz będą to Demony), nietaktowny, ambitny. Często zadaje pytania nie-wprost. Bo po co od razu zdradzać rozmówcy swoje intencje? Jest sprośny, zbereźny, wulgarny. Uwielbia obrażać innych (jego ulubione obelgi to: 'ty bękarcie!', 'matkojebco!'), a zwłaszcza osoby o krótkich horyzontach umysłowych. O dziwo jest honorowy, chociaż zawsze istnieje jeden wyjątek od jego honorowych zachowań. Są to Rosjanie, których określa "wszami", które za wszelką cenę należy zgnieść. Wszystkich, co do jednego. Co spowodowało u niego taką nienawiść? Wyjaśnię to w historii i opowiadaniach. Czasami zdarza się, że do swoich wypowiedzi wplata niemieckie słówka (który oczywiście, będą tłumaczone). Jest lojalny wobec swoich ideałów. Jeżeli któryś z obozów pomoże mu do nich dążyć, to będzie lojalny również wobec ich.
Historia| Pochodzi z niemiecko-amerykańskiej rodziny (ojciec - Niemiec, matka - Amerykanka) z okolic Berlin. Od najwcześniejszych lat jego rodzice ciężko pracowali nad jego wykształceniem, gdyż marzeniem jego ojca było, aby jego syn został w przyszłości kanclerzem Niemiec. Do tego miał znajomości w Bundestagu, więc gdyby szczęście mu dopisało zostałby najmłodszym kanclerzem w historii Niemiec. Jego dziadek jednak miał inne plany co do niego. Wpajał mu ideę Wielkich Niemiec. Młodemu Detlefowi się to podobało, gdyż od zawsze czuł, że jest przeznaczony do wielkich czynów. Do tego od czasu do czasu usłyszał od dziadka historie o nazistach, które jeszcze bardziej go nakręcały. Od najmłodszych lat przyjaźnił się z Jonasem Braunem. Zasmuciła go wiadomość, że wraz ze swoją rodziną przeniósł się do Ameryki, więc zaraz po tym jak skończył studia wyższe w Niemczech (w 2019r.) zamierzał się z nim spotkać pod pretekstem rozpoznania możliwości amerykańskich uczelni. Sytuacja była już wtedy napięta, a rodzice mu nawet odradzali tego wyjazdu. Detlefowi jednak bardzo na tym zależało, by odwiedzić przyjaciela, więc uparł się i poleciał. Po przylocie zatrzymał się u swojej babki (matki jego matki) i szybko spotkał się z Jonasem. Zdziwił się, gdy dowiedział się, że on też wierzy w ideę Wielkich Niemiec i jest nawet członkiem ruchu neonazistowskiego. Zussman błyskawicznie przyłączył się do tego samego ruchu co jego przyjaciel. Na rok 2020 zaplanował odwiedzenie rodziców i oświadczenie im, że zostaje w Ameryce, gdyż poznał ludzi o podobnych ideałach, lecz jego plany pokrzyżowała wojna i tak już w został w USA. Codziennie słyszał wybuchy bomb i krzyki ludności cywilnej. Nie mogąc już tego znieść on i Jonas zorganizowali powstania nazistowskie przeciwko Ruskim. Punktem zwrotnym w jego życiu było porwanie przez Rosjan Jonasa i skatowanie go na śmierć. Przed śmiercią wypowiedział do Detlefa słowa: "Jeder Russe muss sterben" i te słowa stały się jego życiowym mottem. Oddziały neonazistów z każdym nowym tygodniem malały, więc po pewnym czasie każdy wyruszył by walczyć na własną rękę, lub by szukać jakichkolwiek szans na przetrwanie. Wojna dobiegła końca, lecz idee Zussmana o wybiciu wszystkich Rosjan i odrodzeniu Wielkich Niemiec pozostały. Przez 2 lata szukał ludzi mu podobnych. Teraz znalazł się na terenie stanu Nowy York, gdyż usłyszał, że znajdują się tam ocalali. Szuka obozu, który wspomoże go w bezkarnym zabijaniu Ruskich niedobitków. Bo tam gdzie ocalali, tam na pewno znajdzie się jakiś Rosjanin.
Rodzina|
Ojciec - Thomas Zussman
Matka - Emily Zussman Smith
Dziadek - Friedrich Zussman
Nie wiadomo jak potoczyły się losy jego rodziny w Niemczech.
Przyjaciel, którego traktował jak brata - Jonas Braun
Babka w Ameryce - Tracy Smith (zabita podczas wojny przez wybuch bomby)
Partnerka: Jest jakaś chętna do pokochania neonazisty?
Orientacja Seksualna: Hetero (jeśli jesteś Niemką, to na starcie dostajesz u niego wielkiego plusa)
Inne:
- Ma przy sobie maskę przeciwgazową na wypadek skażonego powietrza
- Ma 4 sztuki broni (jak na obrazku) i każda ma imię:
· Karabin główny - Helga
· Pierwszy pistolet - Ingrid
· Drugi pistolet - Rita
· Sztyletopodobne coś - Erika
- Nie dba zbytnio o wygląd. Według niego w dzisiejszych czasach to niepraktycznie
- Już dawno popełniłby samobójstwo, lecz przy życiu utrzymują go dwie rzeczy. Nienawiść do Ruskich i muzyka. Docenia jej każdy gatunek w każdym języku i często nuci piosenki pod nosem.
- Jest uzależniony od Złotego pyłu (tak wyszło), czasami zamienia go na Szmaragdowy Pył. Możecie go nazwać ćpunem, lecz według niego na tym radioaktywnym świecie nie ma nic lepszego, niż zabijanie zombie na haju.
- Lubi pić, ale sam nie pije. Dobra kompania do podstawa dobrej popijawy.
Właściciel: PolishDarkChocolate@gmail.com

„Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość, bo uczciwi są nieprzewidywalni… Zawsze mogą zrobić coś niewiarygodnie… Głupiego” ~ Kapitan Jack Sparrow

Imię: Eron Black
Ksywka: Najczęściej mówią Eron
Wiek: 35 lat. 6 styczeń
Płeć: Mężczyzna
Obóz: Trupy
Ranga: Członek
Aparycja: Jak wyglądam? Mam czarne włosy, zarost, nie za duży, taki żeby nie drapał i nie swędział jak głupi. Oczy koloru szarego, choć ile osób tyle opinii, więc zostaje przy swojej, a nie niebieskiej, zielonej, czy wielokolorowej. Dobrze zbudowany, po służbie w wojsku, widoczne mięśnie i kilka blizn na torsie, udach czy plecach. Głównie są to blizny po odłamkach, pociskach i ranach od noża. Noszę nieśmiertelnik ze swoim imieniem, bo po co się kryć? Komornik mnie już raczej nie znajdzie. Przeważnie mam na sobie wojskowy strój, ale równie często chodzę w czarnej markowej skórze z czaszką na plech i w czarnych bojówkach. Lubię mieć dużo kieszeni. Buty mam aż jedne, ale są nie do zdarcia, najlepsze buty na świecie Bates Delta 8, przeżyją wszystko. Najczęściej można mnie spotkać z całym moim ekwipunkiem, który osobiście nazywam 10kg szczęścia. Jest to czarna broń wyborowa AWM i 4 magazynki po 5 naboi do tego malutki pistolecik p-83 i nóż taktyczny składany, a na deser, jakby jednak brakło mi naboi, mam katanę z siedemdziesięcio centymetrowym ostrzem. No i nie można zapomnieć o okularach przeciwsłonecznych i czapce z daszkiem (ale tylko z wojskowym ubraniem w komplecie).
Charakter: Zacznę może od tych dobrych cech, których raczej nie ma za wiele. Przede wszystkim jak to na snajpera przystało jestem cierpliwy, siedzenie tydzień w jednym miejscu czekając na dogodny do moment do strzału to dla mnie chleb powszedni. Nauczyło mnie to wykorzystywać każdą możliwą okazję. Nie ufam nikomu, a przynajmniej żadnemu człowiekowi, ma to związek z moją przeszłością, którą poznacie później. Mam niesamowicie bujną wyobraźnię i czasami zdarza mi się mówić samemu do siebie, co nie jest najgorsze, w końcu gadanie do kamienia jest chyba bardziej nienormalne. Jestem stanowczy i konsekwentny w tym co robię, jeżeli mówię, że kogoś zabije, znajdę, ocalę (zdarzają się takie perełki), to tak będzie, chyba że wcześniej sam zginę, ale to nie jest usprawiedliwienie, prawda? Jestem pewny siebie i swoich umiejętności, doskonale potrafię ocenić sytuację i wiem, kiedy coś jest samobójstwem, a kiedy jest cień szansy na powodzenie. W relacjach towarzyskich, które są rzadkością, jestem twardy i szorstki. Nie znoszę jak ktoś na kimś żeruje i sprawia problemy. Każdy powinien działać na własną rękę i dbać o swój interes, a jak już musisz z kimś spędzać czas, to chociaż go nie spowalniaj i nie utrudniaj zadania. Jestem w stanie zostawić taką osobę na pastwę losu, chyba, że to jeszcze dziecko, są granice, których nawet ja nie przekraczam. Nie przywiązuję się do ludzi, w każdej chwili mogą się stać moimi wrogami, zechcą mnie zabić, albo zostawią na pastwę losu, jak to niektórzy mają w zwyczaju. Honor, moim zdaniem honor umarł w czasie wojny, nie istnieje w dzisiejszych czasach coś takiego jak honor. Liczy się przetrwanie, a nie to w jaki sposób. Jeżeli wszyscy zginą , co nam będzie po honorze? Jestem dość wybuchowy i uzależniony od silnych wrażeń. Osobiście nie zdradzam „braci w broni” o ile żaden z nich nie jest totalnym idiotą, albo ewidentnie czegoś nie knuje. Potrafię pracować w grupie, nauczono mnie tego w wojsku, ale wolałbym tego nie robić, szkoda nerwów. Potrafię być miły, jak mam dobry humor, a to zdarza się na przykład wtedy, gdy jakieś zombie się poślizgnie i obije trochę facjatę, albo w ogóle umrze. Lubię konkrety i jak wiem co mam robi, domyślanie się nie jest moją najlepszą stroną i prowadzi do nieporozumień, więc jak sprawy wyglądają czysto, to jest cud, miód. Potrafię być bardzo bezpośredni i czasami mylone jest to z bezczelnością, a ja przecież mówię co myślę (Dowódca nieźle mnie za to karał). Jestem cyniczny i postępuje według własnych zasad, których się trzymam i pielęgnuję. Ciekawość i chciwość też czasami gdzieś się tam rodzą w głowie i nie zawsze da się je powstrzymać .No i na koniec tego długiego monologu powiem, że jestem ostrożny we wszystkim co robię i nie da się ukryć, że jestem tak odrobinę pesymistą.
Historia: Urodziłem się w Ameryce, ale wychowałem się i żyłem w Polsce, a teraz krótkie streszczenie życia. Jak miałem 20 lat skończyłem technikum energetyczne, nie zapowiadało się wtedy na jakąkolwiek wojnę. Byłem wtedy dość przy kości chłopaczkiem i zapisałem się do wojska. Pierwsze pięć lat spędziłem jako żołnierz, ucząc się wszystkiego co niezbędne. Najbardziej z tamtego okresu zapamiętałem muszlę klozetową i szczoteczkę do zębów, a ulubionym moim tekstem wtedy było „To jest granat, granat robi boom” usłyszałem to tylko raz, ale powracało za każdym razem jak nimi rzucałem. Czas ten uważam za niezwykle ważny, bo wiele mnie nauczył i dzięki niemu jeszcze żyję. Kolejne 4 lata spędziłem w marynarce wojennej na okrętach podwodnych, oraz pancernikach, tam też pierwszy raz wziąłem broń snajperską w dłonie i zakochałem się. Życie na statku mogę uznać za najcięższe w swoim życiu. Nie da się zapomnieć tej bezradności podczas sztormu, albo bólu mięśni od trzymania się czegokolwiek, żeby nie zginąć. W końcu na 3 lata przed wojną wstąpiłem do sił specjalnych, gdzie nauczono mnie strzelać na niewyobrażalne dystanse, czy też właśnie pracować zespołowo. W końcu wybuchła wojna. Do naszych celów należało unieszkodliwiać najważniejsze cele, zdobywać dokumenty i w końcu zabijać najniebezpieczniejszych ludzi. Mój rekord, to zabicie rosyjskiego szpiega z 2066m prosto w głowę, to były czasy, ale podczas pewnej misji przejęcia kodów nuklearnych wpadliśmy w zasadzkę i najprościej mówiąc zostawiono mnie w samym środku obozu wroga na pewną śmierć. Jednak przeżyłem, straciłem zaufanie do ludzi. Uratował mnie wtedy zdrowy rozsądek i kilka butelek wódki. Ukradłem pierwszą lepszą rosyjską łódź i dotarłem do Gdańska, gdzie już nie było żywej duszy. W końcu, po wielu analizach za i przeciw, zdecydowałem się udać do Ameryki, tam też przeżyłem atak nuklearny i żyję nadal.
Rodzice: Matka była pielęgniarką, a ojciec energetykiem. Byliśmy szczęśliwą rodziną ale jak miałem 27 lat, to dowiedziałem się, że zginęli w wypadku samochodowym w Katowicach. Edyta, bo tak się nazywała matka, miała długie brązowe włosy, które z natury były proste, ale jak to kobieta, stwierdziła, że chce mieć kręcone i tak też było. Marek, ojciec z wielkim piwnym brzuchem był hipokrytą i często zachodził mi za skórę, ale nie narzekam. Dzięki niemu nauczyłem się co nieco o mechanice i to w sumie tyle.
Partnerka : Brak
Orientacja: Kobiety, kobiety i jeszcze raz kobiety. Wszystkie są piękne i wszystkie się kocha… lub nie. Hetero.
Inne:
- Jestem uzależniony od adrenaliny, jeżeli nie wstrzyknę jej sobie lub nie podniosę w sposób naturalny jej poziomu, to zaczynam być nerwowy, agresywny i impulsywny w najgorszych znaczeniach tych wyrazów
- Jeżeli sytuacja zaczyna być poważna, to zapalam cygaro
- Nie piję alkoholu, ani nie palę papierosów (cygaro się nie liczy)
- Broń nazwałem Alesia, taki zwyczaj z wojska, często też do niej mówię podczas akcji.
- Mam nawet hobby, oprócz masowego zabijania i tak już martwych zombiaków. Rysuję i szkicuję w swoim notatniku przeznaczonym specjalnie na to.
- Jestem zawodowym strzelcem i nie chybiam, chyba że faktycznie coś mnie zaskoczy, albo cel nagle zacznie poruszać się z nieprzewidywalną prędkością.
- Kataną posługuję się nieźle. Wiadomo, że nie jestem samurajem, ani mistrzem walki mieczem, ale nie jestem też nowicjuszem czy początkującym.
- szukam swojego powiedzonka, więc raz na jakiś czas rzucam dziwne teksty, żeby znaleźć to jedno jedyne powiedzonko.
- Uwielbiam koty i to jedne z nielicznych stworzeń o które naprawdę się troszczę i którymi się opiekuję.
- Można powiedzieć, że jestem najemnikiem i za odpowiednią cenę wykonam prawie każde zadanie jakie mi zlecą. Jakoś trzeba zdobywać leki i amunicję, więc najczęściej w tym jest podana cena.
- W sumie to chciałbym zostać wampirem, ale nie nadarzyła się okazja żeby zrealizować to pragnienie.Jeżeli się trafi ktoś "normalny" żeby to przedyskutować, na pewno to zrobi.
- Czyta książki o technice żeby stworzyć pewnie urządzenie i jakiekolwiek do zabicia czasu.
Właściciel: ave.subzero@gmail.com

sobota, 18 listopada 2017

Od Nick'a cd. Rosemary

-Rose..-pomyślałem. To imię mówiło mi coś, jednak zupełnie nie wiedziałem co, przez dłuższą chwilę walczyłem ze sobą, żeby przypomnieć sobie chociaż cokolwiek, jednak na nic się to zdało. Odpuściłem i teraz skupiłem się tylko i wyłącznie na drodze, chciałem zapamiętać jak trafić tu z powrotem, by jakby coś przyjść tu ze wsparciem. Prawie zginąłem, to nie może się powtórzyć.
Nagle znać o sobie dało całe moje poobijane ciało, złapałem się za szyję, gdyż moje ciało jakby chciało sobie ze mnie zażartować i przez chwilę nie mogłem wziąć oddechu. Dziewczyna tylko dziwnie się na mnie popatrzyła, nic nie mówiąc. Nie wiem jak wyjaśnić to, że moja wyobraźnia oddziałuje na moje ciało tak mocno, że umie wpłynąć na moje prawdziwe ciało, więc nawet dobrze, że nic nie powiedziała.
Omijaliśmy naprawdę piękne miejsca! Aż pozazdrościć! Jednak miałem dziwne wrażenie, że źle idziemy. Pomimo tego, że dziewczyna prowadziła, a ja nawet nie wiedziałem, gdzie ta jej baza leży. Na nasze nieszczęście zaczął jeszcze padać śnieg! Pogoda już przedtem nie była zbyt piękna, jednak gdy z nieba zaczął spadać biały puch, było jeszcze gorzej. Po spadnięciu "biały puch" zamieniał się w mokrą breję, przez co tylko przemokliśmy do suchej nitki.
Rose nie mówiła, czy jesteśmy blisko, czy nie, jednak gdy weszliśmy w bardziej rozbudowany rejon, gdzie średnie stare bloki i kamienice pojawiały się coraz częściej, poczułem, że to gdzieś tu i jesteśmy naprawdę blisko. Na szczęście nie myliłem się i po chwili już wdrapywaliśmy się po schodach, do jednego z mieszkań.
Gdy byliśmy już w środku, zaskoczyło mnie to, że było niezwykle ciepło. Od razu poczułem ulgę i dziwną lekkość, zupełnie jakby każdy mój mięsień rozluźnił się, zniknął nawet ból. Czułem się zupełnie jak wtedy, gdy w mroźne, zimowe wieczory wracałem do domu, gdzie zastawałem ciepły, przytulny dom, w którym od razu czułem się lepiej. W sumie można to miejsce było porównać, z moim "mini domem" w dziurze obok przystanku, jednak tamtego miejsca nic nie zastąpi, jest jedne w swoim rodzaju!
Rose poszła przebrać się w coś suchego, ja rozebrałem się do samych spodni i podkoszulka, po czym zostawiłem wszytko inne do suszenia. Co jak co, ale teraz było mi dość zimno, masa bandaży przylegających do mojego ciała, skutecznie mnie ochładzały, zresztą zupełnie jak reszta ubrań, które na sobie zostawiłem.
Jak oboje byliśmy w miarę ogarnięci, dziewczyna poczęstowała nie zupą z puszki, za co byłem jej naprawdę wdzięczny. Niby miałem coś tam do jedzenia w plecaku, jednak nie było to porównywalne do gorącej zupy. Nie wiedziałem nawet, że byłem aż tak głodny, zjadłem całą moją porcję tak szybko, że zapomniałem dać cokolwiek Klifowi. Jednak on na szczęście nie wyglądał na głodnego, nawet niezbyt prosił mnie, bym podzielił się z nim jedzeniem, więc trochę mi ulżyło. Później zaczęliśmy przygotowywać się do samego wyjścia. Na szczęście wszystkie moje ubrania zdążyły wyschnąć, więc o wiele lepiej się w nich czułem. Rose dała mi najpotrzebniejsze rzeczy. Jakąś broń, którą z chęcią przyjąłem, chociaż dobrze wiedziałem, że gdzieś na dnie plecaka mam rozwalony na dwie części pistolet, który wystarczy złączyć, załadować i już. Dała mi też płaszcz przeciwdeszczowy, co na tę pogodę było naprawdę świetnym pomysłem. Szybko ubrałem się i byłem już prawie gotowy do drogi, martwiłem się nieco o Klifa, nie mógł być chory. Wziąłem jakąś grubą, z jednej strony chyba nieprzemakalną szmatę i zawiązałem ją tak, by pokrywała, jak największą część psa. Może nie wyglądał w tym najlepiej, jednak byłem pewny, że dzięki temu, chociaż będzie bardziej suchy.
Gdy powoli wychodziliśmy, Rose dała mi jeszcze butelkę wody, którą od razu schowałem do plecaka.
-Nadal chcesz wracać po swoje rzeczy?-zapytała, po czym wyszła z mieszkania, ja w ślad za nią.
-To nie ma sensu.. No cóż.. Eh tam było.. Dobra po prostu tam nie idźmy!-stwierdziłem, patrząc w dół, po czym przypomniał mi się moment, w którym Reker dawał mi stracony prezent-Jeszcze jakiś kolejny idiota będzie chciał nas zabić..
-Mhm.. racja-odpowiedziała, po czym już bez słowa zaczęliśmy schodzić po schodach.
-Czekaj gdzie my w ogóle teraz idziemy?-zapytałem, jak oboje staliśmy już na polu-Trochę się w tym wszystkim pogubiłem..
-Umm.. No tam do tych twoich tych..-mruknęła, po krótkiej ciszy.
-Ahh, no tak! Do przemytników!-powiedziałem, po czym starałem się jakoś zorientować w terenie- Zdaje mi się, że nie jesteśmy bardzo daleko, od pierwszej większej bazy..-stwierdziłem, jeszcze przez chwilę zastanawiając się, jednak tak, do pierwszego obozu, był naprawdę niedaleko, nie było sensu wracać się, tam skąd przyszedłem, byłoby to zupełnie nieopłacalne. Za to punkt, do którego mnie wysłano, obrałem za nasz nowy cel.
-Dobra, wiem już, tędy!-powiedziałem, po czym wreszcie ruszyliśmy. Myślałem, że droga będzie nico krótsza, jednak i tak nie było to jakoś strasznie daleko. Gdy zbliżaliśmy się do samego wejścia, na naszą drogę nagle wyskoczyli strażnicy, przez co Rose, pewnie automatycznie stanęła w pozycji bojowej z gotową bronią w ręku. Od razu, szturchnięciem dałem jej znak, żeby jak najszybciej schowała broń. Nawet Klif, grzecznie przywarował przy mojej nodze.
-A więc..- zapytał jeden strażnik, na co ja szybko zdjąłem czapkę, tak by mogli mnie rozpoznać.
-Och.. Nick!-krzyknął drugi
-Jak tam w terenie?-zapytał jeszcze inny i powoli zaczął robić się hałas.
Na szczęście po mojej twarzy nie widać było tego, że miałem dość spore kłopoty, gdyż aż pod nos sięgała moja kórtka.
-Ona idzie ze mną-wskazałem na Rose- i potrzebujemy medyka, ja nie dam rady-powiedziałem, po czym złapałem dziewczynę i zaciągnąłem ją do środka. Strażnicy nie mogli zbytnio iść z nami, jednak grzecznie odprowadzili nas do pierwszej lepszej osoby, którą okazał się Jacob.
-Cześć, widziałeś Williama? Potrzebuję go..-powiedziałem, rozpinając kurtkę, spod której lekko zaczął wystawać bandaż.
-Jasne, jasne, to pewnie opowiesz później.. Idź do B-pokierował nas, a my bez chwili ruszyliśmy pod wskazane miejsce.
-Przepraszam, że tak jakoś mało do ciebie mówię, ale strasznie się stresuję..-przyznałem.
-Co czym? Nie widzę, żebyś miał tu żadnych wrogów..-stwierdziła, po czym spojrzała na mnie niezrozumiałym wzrokiem.
-Nie wykonałem misji.. Tyle..-mruknąłem- Ciebie zaprowadzę do Kate, jest tu naszą jedyną kobietą, coś se tam razem porobicie, ja muszę na chwilę iść..
-Widzimy się później!-krzyknąłem do niej, po czym ona zrobiła to samo-Aha zapomniałbym, weź psa.. Nie wiadomo, jak zareaguje u Williama, gość jest dość porywczy..-wytłumaczyłem, po czym bez słowa chciałem już odejść,
-Czekaj!-Zawołała na mnie, na co szybko odwróciłem się w jej stronę-Jak się wabi?
-Klif!-powiedziałem, po czym szybko zacząłem iść w stronę B. Bardzo lubiłem tę bazę, była to moja druga ulubiona, rzecz jasna na pierwszym miejscu, jest moja ukochana główna baza, gdzie jest mój ukochany przystanek! Innymi bazami oczywiście nie gardzę, jednak ludzie robią swoje!
Jednym z najlepszych cech tej bazy, było to, że ma świetną okolicę, a co najważniejsze, jest bardzo bezpieczna. Wszystko zrobione jest w starej szkole. Okna są zamurowane i od nowa postawione w miejscach, gdzie my ustaliliśmy. Wszystko nie jest ogrzewane, ale ogólnie jest w miarę ciepło. Jest dość dużo schodów, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że nie dało się ich "przenieść", ale dzięki temu, nie raz przy oblężeniu dawało nam przewagę. Ogólnie miejsce bardzo przytulne, dobrze jest tu wracać.
Gdy już powoli dochodziłem do samego pomieszczenia Williama, nawiedziła mnie fala zimna, miałem co do tego spotkania złe przeczucia. William jest bardzo miłą osobą, ale tylko i wyłącznie, gdy wszystko idzie po jego myśli.
Zapukałem i czekałem aż dostanę pozwolenie na wejście.
-Wejść!-usłyszałem, rozkaz zza drzwi i szybko wślizgnąłem się do pomieszczenia.
W środku był William z dwoma innymi przemytnikami, którzy na jego rozkaz od razu opuścili pokój.
-A więc?-zapytał, dając mi znać, że mam rozpocząć spowiedź.
-Nie udało mi się.. Niby był to tylko zwiad, ale..-urwałem w pół słowa, widząc narastającą wściekłość, na twarzy mojego rozmówcy.
-Czy ty nie potrafisz wykonać najprostszego zadania?!-wrzasnął, wstając z krzesła.
-Nie to nie..
-Nie tak? A jak do cholery?! Miałeś tam iść tylko na pierdolone zwiady! Co jest w tym trudnego?!-przerwał mi
-No dobrze mogę skoń..
-Nie!-znowu mi przerwał
-Nie przerywaj mi!-warknąłem w jego stronę, zirytowany jego chamskim zachowaniem-To, że jesteś tu szefem, nie znaczy, że możesz mną pomiatać!
-Ty..
-Nie! Teraz ja mówię! Tam są ludzie! Niebezpieczni ludzi! O mało mnie nie zabili! Jestem cały w ranach i mam praktycznie całe podcięte gardło! Oni nie mieli zwykłego wyposażenia! Więc nie mów, że nic nie zrobiłem!!-wykrzyczałem wszystkie najważniejsze informacje, po czym chwilę dysząc, uspokoiłem się. William wyglądał na przerażonego.
-Jacy ludzie?-mruknął już cicho i spokojnie-Masz mi powiedzieć wszystko!
-Tylko mi nie przerywaj! A było tak..
*****
Po dość długim czasie zakończyła się moja rozmowa z Williamem, doszliśmy do wniosku, że jak jeszcze raz ktoś natknie się na nich, to trzeba będzie ich jakoś wybić. Nie mogą nam zagrażać. Teraz szedłem z powrotem do Rose i Klifa. Byłem jeszcze nieco zdenerwowany, gdyż William naprawdę potrafił podnieść ciśnienie!

<Rosemary?>

Od Nick'a cd. Reker'a

- Podaj łapę-powiedział Reker, na co Klif od razu posłusznie wykonał rozkaz-Boli go... Chciał zwrócić na siebie uwagę przez to. Trzeba to wyciągnąć, ale lepiej zmieńmy miejscówkę.
Skinąłem potwierdzająco głową i pogłaskałem psa w ramach przeprosin. Skąd miałem wiedzieć, że coś mu jest? Dobrze, że Reker to zauważył. Nie wiem, jak ten kolec się tam znalazł, ale na pewno musiało go to boleć.
-Mogę zerknąć?-zapytałem, kucając i odbierając poszkodowaną łapę Klifa- Wygląda na świeże.. Musiał to zrobić przed chwilą..-stwierdziłem, po czym wstałem i ponownie podrapałem Klifa za uchem, by wiedział, że będzie dobrze.
-Umm.. Nie ma na co czekać, chodźmy!-powiedziałem po krótkiej chwili i powoli zaczęliśmy iść w stronę wyjścia.
Wiedziałem, że na upartego mogłem już tutaj, chociaż opatrzeć łapę Klifa, jednak jak dla mnie nie miałoby to sensu, wolałem zrobić to raz a porządnie, w miejscu, w jakimkolwiek stopniu do tego przystosowanym. Miałem tylko nadzieję, że stan łapy się nie pogorszy.
Szliśmy dość szybko. Reker ustalał tempo. Co chwilę zerkałem na Klifa, niezbyt skupiając się na drodze, przez co nie raz udało mi się wpaść w jakąś dziurę, czy źle postawić nogę. Nie wyglądało mi to za dobrze, za czworonogiem co jakiś czas pojawiała się dość spora, czerwona plama, która na śnieżnobiałym śniegu była jeszcze bardziej widoczna.
-Czekaj..-krzyknąłem do Rekera, po czym przełożyłem plecak tak, żeby był na moim brzuchu, a psa wziąłem na plecy. Reker patrzył na to niezbyt przychylnym wzrokiem, ale teraz jakoś nie za specjalnie interesowało mnie, co sobie pomyśli. Dopiero, teraz gdy pomagałem wdrapać się psu, na moje plecy zauważyłem, że rana naprawdę nie jest mała, a krew leci z niej dość obficie.

Po dość długim czasie wyszliśmy z miasta i byliśmy na opustoszałych obrzeżach. Było tu dużo domów, większość jednorodzinnych z dużymi ogrodami, a nawet basenami. Przez całe życie mieszkałem raczej w małym domku ze średniej wielkości ogródkiem, więc taki widok to było naprawdę coś!
Z każdym kolejnym krokiem Klif zdawał się coraz cięższy, jednak jakoś dawałem radę dotrzymać kroku Rekerowi. Dark starał się iść przy nodze pana, jednak co jakiś czas odłączał się od niego i zaczynał dziwnie piszczeć w stronę Klifa, na co ten w ogóle nie reagował. Miał zwieszony pysk na moim ramieniu i wyglądał, jakby był upolowany. Wyglądało na to, że po prostu spał.
-Dobra, powiedzmy, że tutaj jest okey..-powiedział, zatrzymując się, przy jednym z domów-Nie chce mi się patrzeć, jak się męczysz z tym psem!
Przewróciłem oczami.
-Spokojna okolica.. Zero zombie, trochę to dziwne..-stwierdziałem, kucając i ściągając z siebie psa.
-Tak.. Dość dziwne-odpowiedział, po czym zaczął wchodzić na opuszczoną posesję.
Ściągnąłem plecak, po czym ubrałem go, jak należy. Ten kawałek Klif powinien móc przejść bez problemu.
Budynek wydawał się solidny. Wyglądał masywnie, jednak nowocześnie i stylowo. Wszedłem do niego z nutą dziwnego niepokoju, który jednak prysł, jak tylko przekroczyłem próg drzwi.
-Jak tu ciepło!-prawie krzyknąłem, jednak na czas udało mi się stłumić głos. Krzyczenie w nowym otoczeniu to niezbyt dobry pomysł, tym bardziej, jak w pobliżu nie ma zombie. Rekera nie było w pobliżu, najpewniej wraz z Darkiem poszli sprawdzić dom, czy na pewno jest bezpieczny. Nie zwlekając, rozkazałem Klifowi wdrapać się, na niesamowicie wysoko sofę, po czym zacząłem zajmować się jego łapą.

<Reker?>

piątek, 17 listopada 2017

Od Tiji cd. Ruvika

Widziałam że chłopak jest na prawdę bardzo chory i się o niego martwiłam. Siedziałam ciągle przy nim zmieniając okłady zimne na czole ale coś czułam że tutaj przyda się moja siostra albo Edward, którzy by mu podali jakieś leki.
Widziałam że jego stan się nie poprawia więc poszłam szybkim krokiem do Edwarda, bo okazało się że mojej siostry nie było w ratuszu. Zeszłam szybko po schodach po czym weszłam na medyczny przez duże białe drzwi, po czym zaczęłam się rozglądać uważnie.
- Edward? Edward! - zaczęłam go wiłać ale nie za głośno bo widziałam że niektórzy ludzie śpią wyczerpani zapewne z misji a na ich ciałach widziałam bandaże więc zapewne znowu była stoczona jakaś bitwa.
Chodziłam po oddziale i nie mogłam go znaleźć przez co coraz bardziej zaczęłam się denerwować lecz na szczęście po chwili Edward wszedł na oddział z dużą ilością kartek w rękach więc zapewne były to jakieś wyniki badań tych nieprzytomnych ludzi.
- Tija? Co tu robisz? Kiary nie ma pojechała na misję - rzekł zdziwiony odkładając kartki na swoje biurko.
- Wiem już to... - westchnęłam - Szukałam Ciebie - rzekłam na co się zdziwił.
- A co się stało? Praktyki masz mieć dopiero za kilka tygodni - rzekł spokojnie.
- Wiem... Chodzi o Ruvika - powiedziałam na co zmarszczył brwi jakby się zastanawiał co to za typ.
- Aaa... O tego chodzi! Co z nim? - spytał.
- Ma bardzo wysoką gorączkę od kilku dni, ma zimne dreszcze i kaszle. Nie ma siły się podnosić i właściwie ciągle śpi, a o jedzeniu to szkoda mówić - powiedziałam w końcu.
- Zbadam go - powiedział spokojnie podnosząc się powoli.
Zaprowadziłam go do pokoju Ruvika, który spał wyczerpany jak zwykle. Edward szybko i delikatnie go zbadał.
- I co z nim? - spytałam spokojnie.
- Ma grypę i zapalenie iskrzeli. Musi leźeć a tu masz leki - powiedział spokojnie, a później wyszedł.

< Ruvik? ;3 jest przy Tobie xdd >

czwartek, 16 listopada 2017

Rocznica Bloga

16 listopada niby jeden z kolejnych dni jesieni, ale jednak jeden z najważniejszych dla naszego bloga. Tego dnia rok tamu założyła Post Apocalypse i nie spodziewałam się, że spotka go tak duże zainteresowanie. Dziękuję wszystkim za to, że tu jesteście oraz za to, że ciągniecie tego bloga dalej! Kto wie może uda nam się przetrwać kolejny rok w czasach zombie? Pierwszym członkiem bloga była  Jennifer Aster, której niestety już z nami nie ma, ale można powiedzieć, że to od tego czasu PA zaczęło powoli tętnić życiem.
Na początku znajdowaliśmy się w zawieszonym już Armentum gdzie nadal zajmujemy w rankingu siódme miejsce co bez was na pewno by się nie udało! Przez ten rok poznałam różnych ludzi, wiele było zdarzeń... Tych przyjemnych jak i nie przyjemnych... Chciałabym jeszcze z całego serducha podziękować Kiarze, która nabiła nam tutaj największą aktywność! (chociaż z początku łamałaś mi palce na klawiaturze kiaruś xd).
Do dzisiaj udało nam się napisać aż 2767 postów co jest świetnym wynikiem! Mam nadzieję, że będziemy się dalej rozwijać i przybędzie nam więcej członków, których na obecną chwilę mamy 22.

Jesteście wspaniali! Dziękuję wam jeszcze raz za to co robicie!
Na dzisiejszy dzień przewidziałam Event pod tytułem:
"Wspomnienia z przeszłości"
Na czym to polega?
Opisz swoje wspomnienie z początków apokalipsy. Byłeś żołnierzem? Cywilem? Jak przeżyłeś koniec starego i początek nowego świata? Liczba słów nie ma znaczenia, za każde opowiadanie dotyczące Eventu dostaniesz 200 punktów.
Formuła: Od (imię postaci) - Event "Wspomnienia z przeszłości"

~Dziękuję jeszcze raz! Wzruszony tą chwilą Reker~ 

poniedziałek, 13 listopada 2017

Od Alice'a - Event "Dziecko"

Zwiady.
Właściwie jedyna rzecz w tym obozie, do której nie trzeba mnie zmuszać.
Oczywiście zależy to jeszcze od terenów, jakie zostaną mi przydzielone oraz od tego, czy dadzą mi kogoś do pilnowania mnie, czy też uznają, że jestem wystarczająco poczytalny - lub samodzielny - by o siebie zadbać i w dodatku wrócić w takim samym stanie, w jakim opuściłem kryjówkę. No i oczywiście sęk w tym, czy ufają mi na tyle, by powierzyć mi zadanie sprawdzenia okolicy wierząc, iż dam radę spamiętać te kilka rzeczy na krzyż, które być może przytrafiłyby mi się podczas zwiadów.
Tak czy siak, wyjątkowo byłem z przydzielonego mi zadania zadowolony. Puścili mnie samego, a to już plus, ponieważ nie lubiłem użerać się z innymi ludźmi, którzy z natury nigdy nie robili tego, co miałem na myśli. I w dodatku na obszarze patrolowanego przeze mnie terenu znajdował się spory lasek, a jak wiadomo - lasy, śnieg i piekielny mróz to po prostu to, co uwielbiałem. Nic dodać, nic ująć.
Szczękając zębami z zimna owinąłem się szczelniej białym szalem, dzięki któremu byłem niewidoczny na tle wszechobecnego śniegu. Przemierzyłem kolejne kilka metrów, zatrzymując się w dość sporej odległości od drzewa i zacisnąłem zgrabiałe z zimna palce na kolbie mojego obrzyna. Co prawda nie była to broń idealna na zwiady, ale w końcu nie byłem tu po to, by walczyć. Nie przewidywałem zatem, bym miał ze strzelby w ogóle korzystać, ale lubiłem ją i dlatego to ona, zamiast karabinu snajperskiego, znajdowała się teraz w moich dłoniach. Blade palce raz po raz przebiegały z niepokojem po całej długości lufy obrzyna, gdy zastanawiałem się, czy wracać już do bazy. Zdecydowanie było zbyt zimno, by długo się nad tym zastanawiać, szczególnie iż przenikliwy chłód dotarł już nawet do moich kości, pomimo dość solidnego ubrania, jakie wygrzebałem specjalnie na okazję zwiadów. Obok mnie Saruman węszył w śniegu i strzygł raz po raz uszami. Patrząc na niego przeanalizowałem w myślach moje postępy dzisiejszego dnia. Nic szczególnego się nie działo. Znalazłem jedynie odciśnięty w śniegu ślad zajęcy, których nory musiały znajdować się gdzieś w pobliżu, ślady krwi prowadzące do małej polany, na której rozkładające się truchło dzika stanowiło pożywienie dla wydzierających się jak czarne szmaty kruków oraz jednego zamarzniętego trupa człowieka. Biedak, musiał zmęczyć się wędrówką, ewentualnie był ranny. Pewnie myślał, że przysiądnięcie na chwilę pod drzewem pomoże mu zregenerować siły - w rzeczywistości jednak wpadł w pułapkę matki natury. Wokół pnia drzewa śnieg nie jest tak zbity jak wszędzie wokół, tworzy tylko grubą warstwę puchu. Człowiek, którego znalazłem nie wiedział o tym - wpadł w studnię drzewną, głową w dół. Po prostu się udusił, nie mając jak wydostać się spod śniegu, który wkrótce przykrył go całkowicie. Długą chwilę zajęło mi wydobycie ciała na stały grunt. Po powrocie do bazy zamierzałem to od razu zgłosić. Nie był to co prawda nikt z naszego obozu, ale stwierdziłem, iż to przywódcy powinni zadecydować co zrobić z ciałem. W tych czasach pogrzeb raczej nie miał tu znaczenia, ale... Ktoś inny mógł tego człowieka znać. Zostawiłem więc ciało wstępnie przykryte śniegiem i gałęziami, aby nic się do niego nie dorwało, po czym zaznaczyłem je na mapie.
Wróciłem myślami do rzeczywistości. Mapa spoczywała aktualnie w mojej torbie. Poza tym miałem ze sobą tylko obrzyna, Berettę przy pasku oraz małą lornetkę na szyi, ot, aby mnie nic nie zaskoczyło. Rozejrzałem się więc po raz ostatni, a nie widząc niczego nadzwyczajnego, zacząłem powoli regulować wszystkie paski przy torbie, aby nie obijała mi się o bok podczas biegu w drodze powrotnej. Już miałem zawołać Sarumana, gdy zdało mi się, że coś usłyszałem. Znieruchomiałem więc, uważnie się rozglądając. Jedną ręką podniosłem lornetkę do oczu, drugą zaciskając mocniej na obrzynie. O ile mnie słuch nie mylił, dźwięk jaki słyszałem - podobny do cichego warczenia, buczenia czy też może jęku - wydać mógł jedynie nieumarły. Żadnego w zasięgu mojego wzroku nie było, toteż łatwo można było wywnioskować, iż było ich więcej, znacznie więcej niż jeden. Korzystając z lornetki, rozejrzałem się ponownie, tym razem wypatrując jakiegoś poruszenia, błysku lub śladu koloru, na podstawie którego mógłbym wykluczyć lub potwierdzić swoją teorię. W końcu coś wypatrzyłem - spory kawałek ode mnie poruszało się wśród drzew coś, co mogło być tylko przywróconym do życia trupem. Szybko acz bezszelestnie ruszyłem w tamtym kierunku. Co prawda powinienem był już wracać, ale oczywiście ciekawość wzięła górę - nie byłbym sobą, gdybym tak po prostu odwrócił się i poszedł sobie. Toteż zacząłem się zbliżać do dziwnego zbiorowiska zombiaków. Mogły znaleźć i osaczyć jakieś zwierzę, ale mogły i człowieka, a chybabym sobie nie wybaczył, gdyby ktoś zginął przeze mnie tylko dlatego, że nie chciało mi się tego sprawdzić. A w razie czego miałem przecież obrzyna. No i wytłumioną Berettę oraz nóż za paskiem. Może bym sobie poradził.
Starałem się iść tak, by śnieg nie skrzypiał mi pod nogami. Nie było to łatwe, ale zdecydowanie pomagała moja lekko zbudowana sylwetka, dzięki której śnieżna pokrywa w ogóle nie zapadała mi się pod nogami. Obok mnie na ugiętych łapach posuwał się do przodu Saruman - doskonale wyczuwał, że coś tu jest nie halo i z tego powodu węszył tylko raz po raz, zatrzymując się na kilka sekund, po czym ponownie zbliżał się ostrożnie o metr czy dwa. Dość szybko dotarliśmy w pobliże hordy. Liczyła coś koło 20-, może 25-ciu zombiaków, które niczym stado wygłodniałych szczurów obsiadły jakiś stary, spróchniały pień. Zawzięcie szukały czegoś w środku, zgrzytając zmurszałymi paznokciami o korę i powarkując raz po raz. Poczułem lekkie rozczarowanie, ale i jednocześnie ulgę. A więc to tylko zwierzę. Pewnie jakaś wiewiórka czy zając, którego teraz próbują dopaść z taką zawziętością, że uniemożliwiły mu wyjście z każdej możliwej strony. Może w tej chwili myślałem tylko o sobie, ale nie zamierzałem ryzykować życia swojego i mojego psa, aby uratować zwierzę, które pewnie i tak skończy na talerzu jakiegoś drapieżnika - czy to lisa, czy wilka, zombie czy człowieka. Było ich zbyt wielu. Gdyby to była 5 lub 10, wtedy bym sobie jeszcze może w miarę szybko poradził, ale przed 20 lepiej uciekać. Dlatego też już zamierzałem odejść ostrożnie, tak, aby mnie nie wyczuły, kiedy usłyszałem krótki, zduszony wrzask. Szybko spojrzałem ponownie na hordę, szeroko otwierając oczy ze zdumienia. Zaskoczony Saruman także przekręcił głowę z boku na bok, nie wiedząc co się dzieje. Takiego krzyku na pewno nie wydał z siebie żaden umarlak. To musiał być człowiek. Czyli... W takim razie... W środku pnia nie było żadnego zająca? Nachyliłem się bardziej, wyglądając zza dużego kamienia i starając się nie wpaść w pobliską studnię drzewną, która aż nadto kusiła błogim, wiecznym snem pod śniegową pierzyną. Rozejrzałem się bezradnie wokół. Gdzieś w torbie na pewno miałem jakieś butelki... Zacząłem w niej szybko grzebać. Pierwsza z brzegu się nie nadawała - była to wypełniona lekko różową wodą plastikowa butelka, a mnie niezbędna była szklana. Szukałem więc dalej, boleśnie świadom tego, że jeśli się nie pospieszę, to faktycznie będę miał kogoś na sumieniu. Tyle że wolałbym raczej  ruszać z pomocą z wiedzą, iż ja sam także przeżyję, a bo raczej nie udałoby mi się uratować kogoś kosztem siebie - zbyt wielki był ze mnie tchórz, żebym się poświęcił za kogoś nieznajomego, nie mając żadnej gwarancji, że tamta osoba w ogóle przeżyje i oboje nie zginiemy na marne. Zanim jednak udało mi się trzęsącymi z zimna i napięcia dłońmi znaleźć w mojej bezdennej torbie cokolwiek, co mogłoby odwrócić uwagę zombiaków - Saruman wziął sprawę we własne łapy. Ruszył biegiem w kierunku hordy, tuż przed nią nagle skręcając w lewo i odbiegając kawałek. Cały czas szczekał krótko acz donośnie, co powoli zaczęło przejmować uwagę umarlaków. Tylko co najbardziej uparci grzebali jeszcze w pniu, z którego dochodziło ciche łkanie. Kilka sekund patrzyłem jeszcze z niepokojem na Sarumana, a przekonawszy się, że wie co robi i da sobie radę, wstałem i w kilku zgrabnych skokach pokonałem odległość dzielącą mnie od pnia i pozostałych warczących pokrak. Zanim mnie wyczuli, zdążyłem za pomocą noża wyeliminować dwóch, znajdujących się na tyle blisko, by mogli stanowić dla mnie największe zagrożenie. Ogólnie byli dość powolni, więc nawet nie musiałem zabijać wszystkich wystarczyło tylko dobić tych, których Sarumanowi nie udało się wywieść w pole. Oczywiście o ile osaczona osoba nie była ranna. Obróciłem szybko nóż w palcach i zadałem najbliższemu przeciwnikowi cios w pierś, a gdy zachwiał się, tracąc równowagę, doprawiłem ciosem w głowę. Gdy leżał już na ziemi, dla pewności wgniotłem galaretowaty mózg w ziemię. Z tyłu już próbowała chwycić mnie kolejna dwójka. Wycofałem się strategicznie, jednocześnie starając się zajrzeć do wnętrza pnia - dzieciak? Wydawało mi się... Że w środku krył się jakiś dzieciak... - kiedy moje plany pokrzyżował kolejny zgnilec, rzucając mi się na szyję z warknięciem, od którego moje serce postanowiło skryć się gdzieś w okolicach gardła. Nóż poleciał w śnieg. Siła z jaką zombiak uderzył we mnie powaliła mnie za ziemię. Nałykałem się śniegu, włosy wpadły mi do oczu, a na swojej szyi poczułem zmurszałe, połamane paznokcie, próbujące dobrać się do mojej aorty. Prawie przygryzłem sobie język, usilnie starając się zrzucić z siebie ciężkie, oślizgłe ciało. Gdzieś w tle, przytłumione przez śnieg, brzęczało mi w uszach szczekanie Sarumana. Wtem krew bryznęła mi na twarz, a zombiak runął nieprzytomnie na śnieg obok mnie. Szybko podniosłem się do pionu, dysząc i ślizgając w roztapiającym się, wymieszanym z krwią śniegu. Nade mną stał na oko dziesięcioletni, oszołomiony dzieciak o podrapanej twarzy, trzymający oburącz mój zakrwawiony nóż. Wyglądał jakby miał zaraz zemdleć ze strachu i jakby nie do końca wiedział, gdzie się w danej chwili znajduje. Kiwnąłem głową w podzięce, a jako iż kątem oka widziałem już zbliżające się pozostałe dwa zombiaki, wyciągnąłem szybko pistolet i wycelowałem. O dziwo nawet już nie trzęsły mi się ręce. Strzeliłem, a gdy żywy jeszcze zombiak zwalił mi się pod nogi, dzieciak błyskawicznie zanurzył ostrze w jego czaszce, stękając z wysiłku. Następnego udało mi się już wyeliminować za pierwszym razem. Dzięki tłumikowi strzały nie niosły się echem, więc reszta hordy, wywiedziona przez Sarumana, na razie nie mogła nam zaszkodzić. Szkoda tylko, że zmarnowałem jeden nabój. Mógł się przydać.
Obróciłem się, chcąc spojrzeć na dzieciaka. Wciąż stał, wgapiając szeroko otwartymi z przerażenia oczami to na nóż, to na mnie. W końcu ostrze wypadło z jego zakrwawionych dłoni, a sam chłopak zachwiał się, jakby miał zaraz upaść. Przytrzymałem go, podnosząc jednocześnie koso-podobne ostrze, które dyskretnie wytarłem o śnieg i włożyłem za pas. Rozejrzałem się krótko, a widząc, iż nikt nam na razie nie zagraża, uklęknąłem, patrząc chłopakowi w oczy.
- Hej, dzieciaku... W porządku? Zrobiły ci coś? Jesteś już bezpieczny. - zacząłem stanowczo, aby dotarł do niego sens moich słów. Wciąż był w szoku, ale z wahaniem skinął głową.
- Okej. Nic ci nie jest? - powtórzyłem pytanie, a dostawszy odpowiedź odmowną, posłałem mu ciepły uśmiech. Nie potrafiłem zaopiekować się dziećmi choćby pod groźbą rozstrzelania, ale pomyślałem, że może to go trochę rozrusza. Kolczyki i czarne oczy chyba jednak tylko bardziej go skonsternowały. Westchnąłem.
- Nazywam się Alice. A ty? - Poczekałem chwilę. Zero reakcji. - Słuchaj, dzieciaku... Musimy stąd znikać. Znam miejsce, gdzie będziesz bezpieczny, ale musisz mi zaufać, być szybkim i ostrożnym, no i... Powiedzieć jak masz na imię. - Przemyślałem wszystko szybko. Trochę sporo postawiłem tych warunków, ale musiałem mieć pewność, że wszystko pójdzie po mojej myśli. I nie mieliśmy zbyt dużo czasu. W tym samym czasie znalazł nas Saruman. Biegł truchtem i machał ogonem - w ten sposób dawał znać, iż wszystko u niego poszło po jego myśli i akcja się udała. Ucieszyłem się, ale dzieciaka na widok dużego psa przebiegł dreszcz.
- Hej, chyba się go nie boisz? - Znów posłałem mu uśmiech, tym razem na mnie zerknął. - To mój pies. Poznaj Sarumana. - Pchnąłem salukiego, aby podszedł bliżej i dał się pogłaskać. Dzieciak nieufnie zanurzył palce w długiej sierści. Trząsł się dość mocno i dopiero teraz do mnie dotarło, że to nie ze strachu, a z zimna. Miał na sobie tylko jakąś bluzę, która nie wyglądała na zbyt grubą, oraz jeansy i trampki, które przemokły mu na całej długości. Westchnąłem i zrzuciłem z siebie po kolei czapkę, szal, którym się owinąłem oraz płaszcz, a następnie podałem te rzeczy chłopakowi, już czując, jak zamarza mi krew w żyłach. Dzieciak zamiast przyjąć ubrania, tylko rzucił mi tępe spojrzenie. Chyba było mu już wszystko jedno. Przewróciłem oczami i zarzuciłem mu na ramiona płaszcz, który był na szczęście krótki, więc dzieciakowi sięgał do kostek. Następnie owinąłem mu twarz i szyję białym szalem, a na oczy wcisnąłem czapkę. Poprawił ją sobie, zerkając na mnie wielkimi oczami. Zacząłem niecierpliwie podskakiwać. Naprawdę, naprawdę, naprawdę nie lubiłem dzieci, nie potrafiłem się nimi zająć ani do nich przemówić, a ten tu był jeszcze w jakimś szoku pourazowym. Westchnąłem. Znów.
- Dobrze, idziemy. - zakomenderowałem, po czym odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę obozu, zostawiając dzieciaka w tyle. Zdążyłem przejść około 2 metrów, po chwili jednak usłyszałem cichy tupot świadczący o tym, że pies i dzieciak namyślili się i ruszyli moim śladem. Postanowiłem zapisać to na swoim koncie jako wychowawczy sukces.
Drepcząc tak w wysokim śniegu, szliśmy przed siebie: tylko raz po raz ciszę przerywał zduszony przez szal kaszel małego. Dzieciak nie odzywał się, więc tylko ja niekiedy przerywałem ciszę, mówiąc:
- Uważaj, nie podchodź do tego drzewa, śnieg jest za wysoki, wpadniesz, i będę musiał cię wyciągać.
Albo:
- Nie bój się, to tylko wiewiórka... Saruman! Saruman, nie!
Lub:
- Nie... Już niedaleko... Chyba...
Wkrótce znaleźliśmy się pod bramą wesołego miasteczka. Większość drogi uszliśmy w ciszy. Trzęsąc się z zimna przenikającego moje kości, rozmyślałem o losie zamarzniętego w studni drzewnej człowieka, kiedy usłyszałem cichy głosik.
- Alice...?
Odwróciłem głowę, zdziwiony zerkając na dzieciaka, którego niebieskie oczy błyszczały spod rąbka czarnej czapki.
- Um... Tak? - zapytałem zaskoczony. Zapomniałem niemalże o jego obecności, szczególnie, iż jeszcze ani razu się nie odezwał.
Dzieciak długo milczał. Tak długo, iż zacząłem się zastanawiać, czy się nie rozmyślił. Na to wyglądało, więc zerknąłem na niego po raz ostatni, po czym westchnąłem, zamierzając odprowadzić dzieciaka do przywódców i przy okazji zdać im raport na temat martwego człowieka. Wtem jednak głosik rozbrzmiał na nowo. Było to tylko jedno słowo.
- Dziękuję.

200 punktów leci na twoje konto :3 ~Reker