piątek, 23 lutego 2018

Od Kiasa cd. Sary

Nie wiedziałem co się dzieje... Nagły huk, jakiś krzyk, a potem ból w klatce piersiowej w okolicach serca. Jedyne co zdążyłem zobaczyć przed całkowitym zamknięciem oczy to strzykawka wbita w moją klatkę piersiową z nieznaną mi substancją, której koloru na pierwszy rzut oka nie dało się określić. Chcą mnie zabić? - przeszło mi przez myśl, lecz moje obawy rozpłynęły się wraz z poprawą oddechu. Oni mi tylko pomogli? Nie możliwe! Jeszcze tak niedawno wypili ze mnie ponad litr krwi, a teraz uratowali mi życie przed zejściem na tamten świat? Dziwne to wszystko... Czując znaczną poprawę swojego stanu, na nowo otworzyłem swoje oczęta zaczynając rozglądać się po niezmienionym w żadnym stopniu pomieszczeniu. Wsłuchując się w odgłos strzelających pod wpływem ognia drewienek w piecu kaflowym, zacząłem wpatrywać się również w mężczyznę, którego miałem okazję już poznać. Doktorek wytarł mnie ostrożnie, po czym nie wykonując żadnych ostrych ruchów przebrał mnie w suchą koszulę, w której odczuwałem nieco więcej zimna, ale nie zamierzałem na to narzekać. Później nawiązała się jakaś rozmowa między nim, a moją siostrą, lecz z powodu przytkanych uszu dużo z niej nie wywnioskowałem. Czułem się nadal nieco osłabiony więc próbowałem ponownie nieco się przespać, ale przeszkodził mi w tym głośny huk spowodowanym wejściem naszego ojca! Wielkimi oczami popatrzyłem na zdenerwowanego blondyna, który nie ukrywał w żadnym stopniu wnerwienia spowodowanego obecną sytuacją. Tata dość rzadko się denerwował, gdyż zwykle, nawet gdyby się paliło i waliło, zachowywał anielski spokój. Teraz się zacznie - stwierdziłem przyglądając się jak jego klatka piersiowa opada i podnosi się w równym rytmie nadawanym przez jego oddech.
- Mewrik ja was kiedyś zamorduję! - usłyszałem jego krzyk po raz pierwszy od odzyskania oddechu. Nie rozumiałem zbytnio skąd zna imię tego lekarzunia, lecz zamiast to wyjaśniać wolał podbiec do mnie niczym formuła jeden i zobaczyć jak się ma mój obecny stan.
- Obiecanki cacanki - mruknął białokitlowiec krzyżując ręce na piersi. Cały czas obserwował ruchy przywódcy Duchów jakby chciał sprawdzić czy nie zamierza zrobić czegoś głupiego przez co pogorszyłoby mi się jeszcze bardziej niż wtedy.
- Co was napadło by porwać mi dzieci?! - wrzasnął ponownie, prosto w twarz mężczyzny, którego raczej nie ruszało to jak się zachowuje. Wszystko coraz bardziej wskazywało na to, iż ta dwójka skądś się znała, ale nie miała zamiaru się przed nami z tego spowiadać. Czując jak ręka Oliviera zaciska się nieco mocniej na moim ramieniu, z trudnością odsunąłem się od niego nieco bliżej łóżka siostry, gdyż wydawało mi się, że zaraz mi tą część ciała połamie.
- Gdybyś nie grzał dupy gdzie grzałeś, to byśmy to inaczej rozegrali, ale inne nasze listy do ciebie przez czyjąś pomoc nie docierały, więc musieliśmy zagrać nieco inaczej... A tak w ogóle kopę lat Olivier - wyjaśnił dziwnie się uśmiechając co bardzo, ale to bardzo mi się teraz nie spodobało. W mojej głowie wręcz kotłowało się od myśli, których nie byłem w stanie sobie logicznie poukładać. Skoro to byli niby znajomi to po cholerę nas porywali zamiast ruszyć swoje dupy do wieży gdzie udzielono by im potrzebnej pomocy? Dziwni ludzie... Na prawdę dziwni.
- Nic nie wiedziałem o waszych listach - przyznał otwarcie naciskając na drugie i trzecie słowo - Gdybyście do mnie przyszli to bym wam pomógł... Nie grzeję tam dupy, bo pomagam przetrwałym... - burknął jeszcze niezadowolony z jego słów, które brzmiały dość oskarżająco dla Stevensona, który ciągle przypatrywał się to mi to mojej siostrze jakby się bał, że zaraz przemienimy się w pył niczym jakieś wampiry ze starych książek.
- Tak sądzisz? - westchnął potrząsając głową na boki - Już wiele razy tego próbowaliśmy u innych i wiesz co? Po dupie dostaliśmy i zabito wielu naszych, którzy cierpieli jak nigdy. Nikt w tych czasach nie chce nikomu pomagać rozumiesz Olivier? NIKT - rzekł dobitnie odwracając się do nas plecami by móc spojrzeć na zabite dechami okno, do którego nie tak dawno chciałem się dostać by je jakoś otworzyć, ale teraz wiedziałem już, że to niemożliwe.
- Mewrik my pomagamy! To, że natrafiliście na takie, a nie inne obozy nie oznacza, iż każdy jest zły. Pewnie udaliście się do "innych"... Oni zwykle nie są pokojowo nastawieni dlatego zostaliście przez nich pokrzywdzeni. Chwała Bogu tylko na to, że nie trafiliście na Demony bądź Trupy, bo po tym tobyście wszyscy nie żyli - wyjaśnił na jednym wdechu zaciskając na kilka chwil ręce w pięści niczym małe dziecko próbujące postawić się rodzicom tylko dlatego, że nie dostało ulubionego cukierka.
- Nawet jeśli jest aż tak źle to dlaczego ty zerwałeś z nami kontakt? - mruknął głos dochodzący zza drzwi gdzie pojawił się chyba przywódca tego obozowiska, którego miałem już przyjemność zobaczyć wcześniej, lecz jego głos nadal był mi zupełnie obcy - Dlaczego? Znalazłeś sobie synalka i już nas nie potrzebowałeś prawda? Już nie pamiętasz ile dla siebie robiliśmy? - zasypywał go ogromną ilością pytań zbliżając się coraz to bardziej. No... Nieco się przestraszyłem jego zachowaniem, bo w końcu byłem bezbronny, a on mógł mnie zapierdolić w ułamku sekundy co było normalną reakcją dla tych złych pod wpływem emocji.
- Nie urwałem z wami kontaktu Louis - burknął wpatrując się w wysokiego bruneta, który raczej nie ucieszył się z takiej odpowiedzi - Nie moja wina, że rozdzielił nas wybuch bomby... Zawsze doceniałem to co robiliście dla mnie w sprawie mojego syna, ale to nie jest powód do kłótni. Szukałem was! Nigdy nie spisałem was na straty! Kiedy miałem tylko wolną chwilę, wsiadałem na konia i pod pretekstem wyjazdu do innego obozu szukałem jakiegoś tropu, który dałby radę mnie do was doprowadzić, lecz kiedy byłem już bardzo blisko, wszystko nagle popadało ponownie w ruinę. Pytałem innych czy was gdzieś nie widzieli, ale nikt nie przypominał sobie o takich ludziach - westchnął układając wszystkie zdania w sensowną całość. Przywódca naszych porywaczy spuścił wzrok i zaczął wpatrywać się w zimną podłogę zaczynając chyba porządnie myśleć nad tym wszystkim. Eh... Przecież mój ojciec chyba nigdy nie zostawiłby swoich ludzi na pastwę losu. Przecież to takie nielogiczne i nierealne! Zawsze miał dobre serce i chociaż Eric na samym początku powstawiania obozów klął na niego jak szewc to teraz są dobrymi przyjaciółmi, a przynajmniej tak mi się wydaje.
- Nie kłamiesz? - odezwał się w końcu odważając podnieść swoją głowę by spojrzeć mu prosto w oczy. Ojciec nie używając żadnych słów, pokiwał jedynie twierdząco głową posyłając mu łagodny uśmiech powodując tym samym rozluźnieniem całej sytuacji - Wiedziałem, że na starość zrobisz się nerwowy - zaśmiał się nagle opierając o ścianę z chytrym uśmieszkiem na co niebieskooki wywrócił jedynie oczami.
- Nie jestem nerwowy... Ja się po prostu martwię - stwierdził zostając przy swojej wersji - Zbierać się! Zabieram was do Duchów - dopowiedział jeszcze wracając wzrokiem do lekarzunia, który spojrzał na niego z ogromnym zdziwieniem, nie wiedząc czy to co słyszy może być prawdą.
- Mówisz serio? - zapytał dla upewnienia się spoglądając mu prosto w oczy.
- Tak mówię serio - uśmiechnął się przeciągając niczym rasowy kocur - Brać co chcecie i wyruszamy jeszcze dziś - oznajmił na co ci szybko opuścili pokój gdzie nas przetrzymywali by powiadomić innych o tym wspaniałym dniu, kiedy w końcu będą mogli zaznać spokoju i ciepła w lepszym miejscu niż to - Jak się czujecie? - zadał w końcu pytanie dla nas.
- Bywało lepiej - przyznałem podnosząc się do siadu co wcale takie łatwe nie było jak się wydawało - Skąd ich znasz? - dorzuciłem widząc, iż jesteśmy tutaj już sami.
- Z frontu... Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi chociaż należeliśmy niegdyś do dwóch innych drużyn - powiedział krótko pomagając mi stanąć na równe nogi, po czym ignorując chwilowo moją osobę wziął moją siostrę na ręce głaszcząc ją lekko po głowie jakby była małym dzieckiem mającym dopiero roczek.
- Tatoooo - wyjęczała niezadowolona z nowej fryzury, która zakryła jej oczy do takiego stopnia, iż nie mogła nic zobaczyć
- Tak ci ładniej - rzekł rozbawiony stawiając pierwszy krok w kierunku drzwi uważając na to bym i ja się za nim udał - Nie macie się czego bać... To dobrzy ludzie - dodał jeszcze znając chyba drogę powrotną na pamięć.
- Dopóki nie gryzą i nie piją naszej krwi - mruknąłem z niezadowoleniem pod swoim nosem - Ty nie zaznałeś ugryzienia wampira ojciec - pacnąłem go jak rozzłoszczone kocisko prosto w ramię na co przewrócił jedynie oczami starając wymazać sobie z pamięci moje słowa jakby były one czymś nie dopuszczalnym w naszych, chorych czasach.
- Nie dramatyzujcie - stwierdził wychodząc na dwór gdzie czekał już na nas znudzony Eric pilnujący Diabla by nie zwiał gdzieś do lasu, gdyż zapewne by go już tam nie znalazł - Musimy jeszcze nieco poczekać za moimi przyjaciółmi - powiadomił mężczyznę, który pokiwał jedynie na to głową. Rozglądając się nieco dookoła siebie znowu przypomniało mi się o tym, że mam na sobie tylko ten głupi strój wojskowy, który nawet w najmniejszym stopniu do mnie nie pasował. Chcąc odzyskać swoją "skradzioną" własność spojrzałem błagającym wzrokiem na ojca.
- Gdzie mój płaszcz? - spytałem krzyżując ręce na piersi robiąc minę obrażonego dziecka.

<Sara? :3 Gdzie płaszcz braciszka? xd>

Od Sary cd. Kiasa

Nie wiedziałam co się dzieje z moim bratem... Przed chwilą czuł się dobrze a teraz nagle się zaczął dusić i zbladł oraz był cały zlany potem! Przestraszona jakoś dostałam się do brata lecz nie umiałam mu pomóc. Przestraszona zaczęłam wzywać pomocy i waliź w drzwi a nasi porywacze mimo wszystko szybko się zjawili i widząc co się dzieje z moim bratem szybko zaczęli działać.
- Adrenalina szybko! - warknął lekarzunio którego już poznałam z bratem a jakiś inny podał mu szybko strzykawkę zapewne z ową substancją po czym lekarz wbił ją w serce brata i wstrzyknął dużą ilość. Przeraziłam się i myślałam że chcą mi go zabić! Jednak po chwili opuchlizna z szyi brata zaczęła schodzić a on zaczął głębiej nabierać powietrza i odruchowo kasłać.
- Skąd u niego taka reakcja ostra alergiczna? Coś Ty mu dał? - warknął inny do tego co był jeszcze niedawno u nas sam.
- Tylko tą cherbatę wzmacniającą nic więcej! - burknął niezadowolony oskarżony.
- Jak widać ma na to uczulenie i trzeba mu dawać zwykłą herbatę... Prawie zszedł na tamten świat! - warknął znowu i zaczął wycierać lekko brata ścierką i podał mu o dziwo tlen który był w jakiejś srebrnej butli.
- To go chociaż troszkę dotleni po tym... - westchnął inny i widać było po nim zmartwienie. Koedy drugi chciał coś dodać nagle usłyszałam czyjś bieg a po chwili zobaczyłam tego ich przywódce dość zdyszanego.
- Ci wyście powariowali?! Zabić ich chcecie czy jak? - warknął na nich wszystkich.
- To nie nasza wina więc nie drzyj japy! - odwarknął inny wściekle - Nie nasza wina że nie wiedzieliśmy że jeden z dzieciaków jest uczulony na wzmacniające zielsko! Ty siedzisz tylko na dupie i nic nie robisz więc w końcu się zamknij! - warknął jeszcze po czym się podniusł i uderzając go swoim barkiem w jego wyszedł wściekły oddalając się w nieznanym mi kierunku.
- Wracaj tu Frank! - wrzasnął wściekle przywódca przez co nieco zasłoniłam uszy.
- Daj mu spokój!  Niech ochłonie... Wiesz że jest mu ciężko - pouczył go znany mi już doktorek a widząc jego minę znowu się odezwał - Wiesz ile go kosztowało wszystko.... Wychowanie ciężko chorego syna w takih warunkach proste nie jest - dodał na co tamten w końcu odpuścił.
- Wiem że mu ciężko ale niech chociaż troszkę zważa na słowa - burknął - A z tą małą co? - spytał zwracajac tym razem na mnie większą uwagę, co mnie nieco przestraszyło a serce odruchowo szybciej mi zabiło.
- Nie wygląda jakby dostała alergii ale podam jej ma wszelki wypadek wapno - odparł spokojnie po czym zmienił bratu koszulkę na suchą, ówcześniej go wytarł i okrył go grubym kocem wojskowym.
- Rozumiem - rzekł tylko po czym zamykając drzwi tylko na klamke wyszedł. Spojrzałam znowu na brata i tego medyka martwiąc się losamo brata. Nie wiem ile czasu minęło ale na pewno z dwa dni a ojca nadal nie było... Zaczynałam powoli sądzić iż jesteśmy na takim zadupi iż nigdy nas nie znajdą...
- Przepraszam... - rzekł nagle medyk więc spojrzałam na niego uważnie lecz on ciągle zajmował się Kiasem - Nie wiedziałem że jest na to uczulony - dodał zaraz a ja nie za bardzo wiedziałam co powiedzieć więc tylko spojrzałam w pościel i nastała chwilowa cisza. Było tylko słychać płomienie dochodzące z pieca kaglowego który dawał nam potrzebne ciepło do przetrwania w tym zimnie nie licząc oczywiście ubrań czy też kocy.
- Ile nas jeszcze tak będziecie więzić? - spytałam nagle cicho na co on nie odpowiedział więc ciągnęłam dalej - O co wam w ogóle chodzi? - dodałam jeszcze na co on westchnął ciżko.
- Chcemy przeżyć tylko tyle... Tonący brzytwy się chwyta jak to mówią - rzekł sprzątając po swoich rzeczach - Nie chcemy nikogo ranić... Chcemy tylko przeżyć jak każdy z resztą - rzekł jeszcze po czym się podniusł i znowu dołożył do pieca parę drewienek.
- Zabijecie nas? - ciągnęłam dalej choć się bałam.
- Nie - rzekł krótko - Gdybyśmy chcieli was zabić to już dawno bylibyście marwi... Wszystko zależy od waszego ojca kiedy przybędzie - dodał czym się zdziwiłam.
- Czego chceciw od naszego ojca? - spytalam znowu.
- Pomocy... Z resztą niedługo się dowiecie - rzekł słysząc czyjś bieg - O wilku mowa - dodał, a po chwili drzwi do naszego pokoju otworzyły się z hukiem, a w nich stanął nasz zdyszany ojciec.
- Mewrik ja was zamorduję kiedyś! - rzekł źły po czym podbiegł do Kiasa szybko.
- Obiecanki cacanki - mruknął na to w ospowiedzi.
- Co was napadło by porywać mi dzieci?! - warknął sprawdzając solidnie stan Kiasa.
- Gdybyś nie grzał dupy gdzie grząłeś to byśmy to inaczej rozegrali ale inne nasze listy do Ciebie nie dotarły z czyjąś pomocą więc musieliśmy zagrać nieco inaczej a tak w ogóle kope lat Olivier - dodał jeszcze a mnie zamurowało! Oni się znali...

< Kias? ;3 ojciec cię nie odstąpi na krok xdd >

środa, 21 lutego 2018

Od Kiasa "Moja Apokalipsa"

Kiedy zostało ogłoszone oficjalne zakończenie wojny, nie miałem gdzie się podziać. Krążyłem ciemnymi ulicami Nowego Jorku z nadzieją, że strzeli we mnie piorun lub potrąci z łaskiej Bożej jakiś czołg, lecz te nie wydawały się mną zainteresowane. Paskudny świat - przeszło mi przez myśl gdy zakradałem się do rozpadającego się budynku, który służył mi jako schronienie w tych powojennych dniach. Nie miałem zbytnio co jeść, gdyż nastała fala głodu... Jedynie bogate szychy teraz miały szanse wyżywić swoją rodzinę i jakoś o siebie zadbać. Takie przeciętniaki jakim na nieszczęście byłem ja miały przesrane jak nigdy! Z westchnieniem przedarłem się przez rozpadające się schody do swojego pokoju gdzie opadając na ścianę zacząłem przypominać sobie czasy kiedy wszystko było jeszcze normalne. Miałem opiekuna, który był dla mnie jak ojciec, ciepły kąt, coś do żdżarcia, napicia się... Teraz już to nie wróci. Wszyscy zginęli i ostała się tylko głupia sierota jaką byłem od najmłodszych lat. Nie dość, iż ojciec się nade mną znęcał wraz z matką, która z uśmiechem patrzyła na moje męki to teraz jeszcze muszę marznąć jak jakiś durny pies przy budzie. Chyba już podczas wojny było lepiej... W tedy przynajmniej dało się ukraść jakąś konserwę tępym żołnierzom, którzy zbyt słabo pilnowali swojego prowiantu. Tia... Nie zawsze się udawało, ale jak nie łapą to mową zawsze szło się z nimi dogadać. Ja miałem informacje od rosyjskiego wroga, a oni mieli ukochane jedzonko, które po krótkiej rozmowie lądowało w moim brzuchu, który przestawał krzyczeć z głodu. Nagle z moich zamyśleń wyrwały mnie krzyki dobiegające spoza budynku. Nie przypominały mi one w żadnym stopniu te, które zwykle dopingowały walki uliczne dlatego zachęcony zamieszaniem od razu przypałętałem się w stronę okna. Przywarłem zainteresowany do jego framugi ustawiając się pod takim światłem by nikt nie mógł mnie przez nie zauważyć. Spojrzałem w dół, grupka dzieciaków mających na około szesnaście lat obrzucała salwami przekleństw przygarbionego człowieka stojącymi do nich plecami. Czekając na rozwój akcji, nieco bardziej wytężyłem swój wzrok, żeby przyjrzeć się nieco bardziej nieznajomej osobie, która nie wydawała się być zniechęcona krzykami niewychowanej młodzieży. Dziwny gościu - pomyślałem chcąc już odchodzić by nie patrzeć na tą głupią błazenadę, lecz w tejże chwili ofiara dzieciaków raczyła odwrócić się z głuchym charkotem ukazując swoją zieloną oraz wygnitom facjatę. Zdziwiony takim widokiem, odruchowo odskoczyłem do tyłu nie wiedząc z czym mam właściwie teraz do czynienia. Bachory uciekły ze strachu krzycząc na tyle głośno, iż mimo mojego mieszkania na szóstym piętrze doskonale usłyszałem ich piski. Zielonkawy najwidoczniej podniecony tym co dochodziło do jego uszu, rzucił się za nimi w pogoń nie odpuszczając im ani przez sekundę.
- Chyba nie jestem już tutaj taki bezpieczny - rzekłem sam do siebie rozglądając się czujnym wzrokiem po pomieszczeniu czy i mi nie zagraża podobne dziadostwo. Nie zauważając jeszcze niczego groźnego, schwyciłem za plecak, do którego wpakowałem na sam spód gruby koc oraz bandaże z lekami przeciwbólowymi. Wiedząc, że raczej to mi nie wystarczy, spojrzałem kontem oka na butelkę wypitej do połowy wody - Eh... Przyda się. Nie wiadomo kiedy znajdę następną - przyznałem przed samym sobą wkładając ją do swojej torby. Następnie do bagażu wrzuciłem jeszcze szczegółową mapa Nowego Jorku, starą, ale dobrą zapalniczkę i latarkę. W kieszeniach spodni nadal targałem gdzieś nóż, a jego pobratymcy do rzucania grzecznie czekali przypięci do mojego paska, który przysłonięty został ciemnym płaszczem. Zawsze go na sobie nosiłem... Był pamiątką po Charlim, czyli moim gangowym ojcu, na którego i tak połowa naszych wołała po prostu "Pluto". Dostałem go od niego na dziewiętnaste urodziny, lecz ten pomimo wielu lat noszenia nie wypłowiał nawet w najmniejszym stopniu. Jeśli chodzi natomiast o broń palną to nie stosowałem jej w ogóle... Umiałem strzelać, ale wolałem zabijać swoich wrogów po cichu tak by się tego nie spodziewali i cierpieli jeszcze bardziej podczas podrzynania gardła. Zdając sobie sprawę, że to już wszystko, zapiąłem szczelnie swój plecak, przerzucając go przez prawe ramię. Cieniami niczym czarny kot wyślizgnąłem się na zewnątrz budynku gdzie nadal nie odstępując od tej techniki zacząłem przemieszczać się w stronę centrum z nadzieją, że znajdę tam kogoś kto wyjaśni mi tą dziwną sytuację. Im byłem bliżej swojego celu tym więcej mijałem tych dziwnych potworów rodem z komiksów o końcu świata. Wchodziłem właśnie w kolejną ciemną uliczkę, gdy nagle przede mną pojawiła się jedna z tych pokrak. Była to dość niewysoka kobieta, lecz gdy tylko rzuciła się na mnie z zębami by tylko mnie pożreć, od razu kopnąłem to coś w brzuch jednak bestia się nie poddała tylko ponownie na mnie natarła chcąc sobie urządzić ze mnie jakiś pieprzony podwieczorek. Tak się bawić nie będziemy - stwierdziłem chwytając za nóż, który pomógł mi rozwalić jej głowę. Krew trysnęła jak wściekła oblewając mury znajdujące się dookoła z nas. Nie byłem bezpieczny... Jeśli to coś było kiedyś człowiekiem to byłem w czarnej dupie! Miasto = Ludzie = Potwory = Śmierć. Idąc właśnie takim tokiem rozumowania, wspiąłem się niczym alpinista po najbliższej ścianie budynku i parkurem zacząłem wynosić się z tego przeklętego miejsca. Ciągle słyszałem charczenie, krzyki, płacz, a nawet jakieś prośby rzucane gdzieś w stronę Boga. Wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać, nie teraz jeśli sam potrzebowałem cholernej pomocy. Rodziny nie miałem więc nie musiałem się o nikogo takiego martwić... Pędziłem rozpędzony jak F16 na jakieś zadupia gdzie nikt nie miałby szans mnie dosięgnąć. Owszem, zaczynałem się robić ponownie dzisiejszego dnia głodnawy, lecz świadomość, że to zielone coś mogłoby mnie dopaść napędzało mnie niczym wyścigówkę chcącą wygrać wyścig. Jeszcze trochę Kias! Dasz radę - pocieszałem się w myślach pokonując kolejny kilkunastometrowy dystans. Kiedy w końcu po jakiś trzech godzinach stwierdziłem, że jestem bezpieczny, odetchnąłem z ulgom wycierając kilka kropel potu z czoła. Zwolniłem, zaczynając przechadzać się jednym z lasów, który wyrósł przede mną jak z podziemi. Nie wiedziałem gdzie jestem, co robię i dlaczego tak postąpiłem. Znowu tchórzę? Znowu uciekam zostawiając innych na pastwę losu? Nie! Ja do kurwy nędzy ratuję swoje życie, które znowu zawisło na włosku. Spragniony wziąłem do ręki spakowaną butelkę wody, z której upiłem połowę cieczy. Zostało jak zwykle niewiele... Do tego jeszcze głód uderzający bez przerwy w mój żołądek. Niby mijałem krzaki malin i borówek, ale po tej cholernej atomówce nawet nie chciałem ich tknąć - Prędzej zdechnę niż się tym będę truć - mruknąłem na głos idąc dalej w zaparte. Nim się obejrzałem zapadła ciemna noc... Nie mogłem krążyć po głuszy w tej porze, ponieważ pogubiłbym się jeszcze bardziej. Z westchnieniem powłóczyłem nogami do najbliżej jaskini, która dzięki Bogu była pusta. Układając się w jej najgłębszym kącie by nikt nie miał prawa mnie zauważyć, zasnąłem z wtuloną głową w plecak, który odruchowo ścisnąłem swoimi rękami w obawie, że podczas snu mógłby mnie ktoś okraść.
***********
Nad ranem obudził mnie odgłos łamanych gałązek. Szybko otworzyłem swe oczy rozglądając się dookoła niczym przestraszone zwierze znajdujące się w legowisku swojego łowcy. Przyciągając swój dobytek do piersi, schowałem się w cieniu zrównując swój oddech z powolnymi uderzaniami serca. Jeśli chciałem jeszcze dychać, musiałem siedzieć cicho z nadzieją, że ten trep gdzieś sobie pójdzie. Nieznany mi mężczyzna bardzo sprawnie przeczesywał teren lasu sprawdzając niemal każdy napotkany na swojej drodze krzak. Czyżby mnie szukał? Niemożliwe... Ostatnie dokumenty jakie wskazywały na to, że kiedykolwiek się urodziłem poszły z dymem jakieś dwa może trzy tygodnie temu. Nerwowo ciągle obserwowałem faceta, który z każdym krokiem był coraz bliżej mojej kryjówki, przymknąłem lekko swe oczęta z nadzieją, iż to pomoże mi w lepszym zamaskowaniu, lecz moje zdziwienie było ogromne gdy poczułem zimną stal blisko swojej szyi.
- Kim jesteś dzieciaku? - wysyczał lodowato w moją stronę z idealnym, amerykańskim akcentem.
- Staram się przeżyć? - burknąłem zgrywając pana odważnego, który się niczego nie boi.
- Co ty nie powiesz - przewrócił oczami podnosząc mnie za pomocą jednego szarpnięcia za włosy. Korzystając z okazji, że jest teraz mniej skupiony, kopnąłem go w krocze zaczynając zwiewać w kierunku bliżej sobie nie określonym. Nie męczyłem się... Po prostu gnałem ile miałem sił w nogach by ten wariat w końcu mnie zostawił. Jak na moje nieszczęście niedługo po przebiegnięciu dystansu stu metrów trafiło mi się na jakiegoś wysokiego blondyna, który był w paczce wraz z tamtym staruchem. Skuli mnie i zadawali masę pytań w tym też czy jestem ugryziony, ale ja tylko patrzyłem w ziemię modląc się w duszy, po to by nie umrzeć. Jednak jakoś to tak wyszło, że zdołaliśmy się pogodzić... Założyliśmy mały obóz, który z dnia na dzień zaczął się rozrastać. Zombie stały się już dla mnie codziennością, niosły śmierć wielu istotom żyjącym na tej planecie, skąd i teraz wzięła się nazwa obozu, w którym żyję do dziś.

<Koniec>

wtorek, 20 lutego 2018

Urodziny

Może i faktycznie spóźniłam się z tą informacją, ale jak to się mówi... Lepiej późno niż wcale!
W Zimę urodziny obchodzą
Eri Reyes
Samantha Anzai
Madeleine Irving
Jacqueline Grant
Jeśli opiszecie swoje urodziny dostaniecie dodatkowe 100 pkt :)

sobota, 17 lutego 2018

Od Detlefa "Czas Terroru" (śmierć Blanki Alonzo)

W narkotykowym szale wleciałem do pokoju trzaskając drewnianymi drzwiami o ścianę. Wszystko było tak pięknie wyostrzone i pełne kolorów, lecz po chwili zaczęło blednąć i zdałem sobie sprawę, że muszę ponownie się zaciągnąć. Pech chciał, że resztę tego mocniejszego towaru - hybrydy Złotego i Szmaragdowego Pyłu, zostawiłem w tajnej skrytce w mojej kwaterze - grubej skarpecie schowanej za łóżkiem.
- Co ty kurwa robisz? - spytała spokojnie kobieta, która podniosła się nagle z łóżka. Jej brązowe loki oraz nastoletnia twarz od razu stały się znajome.
To Blanca Alonzo. Znałem ją tylko z widzenia, ale jej obraz utkwił w mojej głowie, więc jakby co wiedziałem o kim i w jakiej pozycji opowiadali swoje fantazje erotyczne inne Demony, z którymi miałem okazję stać na warcie. Tylko co ona robi w moim pokoju? Nieważne!
- Gdzie to kurwa jest? - pytałem sam siebie pod nosem, gdy pełzałem po podłodze w poszukiwaniu zaginionej skarpety. - Verdammt! - krzyczałem jak ranny łoś. - To już zaczyna przemijać!
- Słuchaj - wtrąciła spokojnie Blanca. - Nie wiem kim jesteś, ani z jakiej nory wypełzłeś, ale masz stąd wyjść.
Jej stoicki spokój zaczynał mnie denerwować. Wchodzi mi do pokoju, traktuje go jak swój i jeszcze nalega, żebym to ja wyszedł. Ciekawe, czy była tak spokojna, gdy bomby zaczęły spadać.
Na szczęście postanowiłem jej nie słuchać i dalej kontynuowałem moje poszukiwania skacząc po kwaterze. Przerzucałem i wywracałem dosłownie wszystko: ubrania, książki, szuflady z komody, łóżko, a po skarpecie nie było nawet śladu. Punktem kulminacyjnym stał się moment, gdy wywróciłem komodę. Wtedy zaczął się łamać stoicki spokój Blanki.
- Słuchaj. - zaczęła z zaciśniętymi zębami próbując udawać spokojną. - Nie wiem kim jesteś ale wasz wypierdalać, bo o wszystkim dowie się Evans. Po tym rzuci Cię psom na pożarcie, a ja będę z radością patrzeć na widok twoich zmasakrowanych zwłok.
- Stanik? - spytałem chwytając za rączkę przypadkowy stanik. - Pamiętam, że z Rose pieprzyliśmy się tylko u niej!
- Oddawaj to! - Blanka nie wytrzymała i rzuciła się na mnie chwytając za stanik. Oboje z nas szarpaliśmy za to ze wszystkich sił. Zaparłem się nogami o podłoże, aby nie dać sobie go wyrwać.
Blanca pomimo swojej szczupłej budowy okazała się bardzo silna. Po chwili próby sił zadałem sobie pytanie: Na chuja ja w ogóle to trzymam? Popatrzyłem więc na zaciętość twarzy Blanki i zaciskając zęby z wysiłku wycedziłem:
- Jak tak bardzo go chcesz, to masz!
Zwolniłem chwyt i ujrzałem jak dziewczyna leci do tyłu, gdyż zapomniała się zaprzeć. Po chwili usłyszałem głośne chrupnięcie, a narkotykowy szał zaczął się powoli rozmywać i wszystko zaczęło wracać do szarej rzeczywistości.
Gdy znowu widziałem wszystko w ciemnych, demonich barwach rozejrzałem się po pokoju. Po chwili realizacji zdziwiłem się mówiąc:
- Aaa, bo to nie jest mój pokój! Entschuldigung Blanca.
Prześledziłem wzrokiem w poszukiwaniu kobiety i ujrzałem ją na podłodze z głową wykręconą pod dziwnym kątem i powiększającą się kałużą szkarłatu za jej głową.
Skierowałem wzrok trochę w górę, a moim oczom ukazał się zakrwawiony kant wcześniej to przewróconego regału. Zrobiłem zniesmaczoną minę i podsumowałem całą sytuację:
- Taa... To ona już tu tak była...
Wyszedłem szybko z pokoju i skierowałem się przez przeciekający z sufitu demoni korytarz do gabintu Evansa. Muszę mu opowiedzieć o tej sprawie i ją jakoś naprostować. Na szczęście nikt mnie nie widział wychodzącego z pokoju Blanki, ani nie zwrócił uwagi na krzyknięcia i szarpaninę wcześniej w jej wnętrzu. W końcu to obóz Demonów. Tu krzyki nikogo nie dziwią.
Drzwi gabinetu Evans oczywiście były zamknięte, a przed nim stali dwaj wartownicy. Z każdym kolejnym krokiem w kierunku pomieszczenia dźwięki z jego wnętrza zaczęły się nasilać. Wszystko wskazuje na to, że Evans na kogoś krzyczał. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem na zewnątrz prosto w jednego z wartowników. Rama walnęła go w czoło tak mocno, że poleciał na podłogę, a drugi nawet się nie ruszył. Z wnętrza gabinetu Evansa wymaszerowało kilka osób, każdy ze szkarłatnym napisem D.E.M.O.N.
- Banda jełopów! - żegnał ich swoimi słowami Evans. - Chuj mnie obchodzi, że transportu bronił jakiś jebany deadpool! Jak krwai to znaczy, że można go zabić!
Poczekałem chwilę, aby ochłonął i podszedłem do otwartych drzwi. Drugi wartownik natychmiast zagrodził mi przejście. Stanąłem wyprostowany i spytałem głośno:
- Herr Kommandant! Czy mogę wejść?
Usłyszałem głośno westchnienie i po chwili zawtórował rozkaz:
- Przepuść go!
Wartownik pozwolił mi przejść i po chwili do moich nozdrzy doleciał zapach goździków. Wszystko wskazuje na to, że Evans lubuje się w tym zapachu.
- Usiąść. - rozkazał wskazując otwartą ręką krzesło. - I zamknąć mi te jebane drzwi!
Usłyszałem za plecami dźwięk zamykanych drzwi i rozparłem się na siedzeniu. Już miałem opowiedzieć Evansowi o całym incydencie, lecz widząc jak gapi się na wyłożoną mapę stanu Nowy York na jego biurku i jedną ręką mając cały czas zaciśniętą na jego włosach postanowiłem załagodzić obecną sytuację.
- Szefie, wiem, że jestem tylko pionkiem, ale niemiecka myśl techniczna jest przydatna do rozwiązywania problemów. Każdych.
Na jego twarzy zatańczył na chwilę uśmiech i mruknął.
- Doceniam to Zussman, ale są sprawy, które przerastają mnie, a co dopiero Ciebie.
- Jakie to sprawy? - nie ustępowałem.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? Więc proszę bardzo. Mamy za mało ludzi, aby podbijać pobliskie obozy i atakować transporty z zaopatrzeniem od innych obozów. A poza tym nasze Demony są zbyt cenne. Do tego nachodzą mnie pogłoski o jakimś stróżu prawa Deadpoolu, a nasi 'sojusznicy' z Trupów nie wyściubiają nosa ze swojego skurwiałego metra i wysyłają nam pojedynczych ludzi do pomocy. Sam nawet współpracowałeś z jednym z nich, jak się on nazywał?
Przypomniał mi się brunet w słonecznych okularach lubiący palić cygara.
- Eron.
- Eron, Pieron, nieważne. Jesteśmy w czarnej dupie z naszymi 4 000 ludźmi. Po prostu chujnia z patatajnią. - podsumował.
Rzeczywiście sytuacja nie do pozazdroszczenia. Trupy w odróżnieni od nas to indywidualiści. Każdy z nich działa na swoją rękę. I to tutaj jest chyba problem. Brakuje im wspólnej sprawy, za którą mogliby walczyć. Chyba wpadłem na pomysł:
- A jakby tak podwoić tę liczbę?
- Co masz na myśli? - podniósł swoją głowę Evans.
Uśmiechnąłem się
- O ile się dobrze orientuję i o ile księgi w naszych archiwach nie kłamią to obóz Trupów wynosi 5 000 ludzi. Razem z naszymi będzie to 9 000. W sam raz, aby podbić okoliczne obozy liczące od 1 000 do 1500 osób.
- Zgadza się, ale jak już mówiłem Trupy nie są skorzy wysyłać małych grupek, a co dopiero wszystkich tam obecnych. Jak zamierzasz to osiągnąć?
Złączyłem swoje palce w wieżę, a mój uśmiech powędrował od ucha do ucha.
- Prowokacja. - odpowiedziałem krótko.

<cdn.>

czwartek, 15 lutego 2018

Od Kiasa cd. Sary

Nadal nie ufałem tym ludziom, ale jakoś pod wpływem nalegań tego śmiesznego doktorka skosztowałem nieco tajemniczego napoju, który okazał się być słodki jak truskawki. Do końca nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi, gdyż lekarstwa przeważnie są gorzkie dlatego zacząłem sobie myśleć, iż chcą podać mi jakiś narkotyk ogłupiający bym nie miał sił z nimi walczyć. Myśląc coraz więcej o jednym i tym samym temacie, w końcu zapomniałem jak się poprawnie połyka ciecze i się zachłysnąłem. Nie potrafiąc nic z tym zrobić, poczułem nagle silne uderzenie między łopatkami dzięki któremu odzyskałem jakoś możliwość oddychania.
- Spokojnie... Nie tak szybko... Przecież nikt ci tego nie zabierze - stwierdził lekarzunio przyglądając się uważnie mojemu kubkowi, z którego ubyła już połowa ciepłego napoju.
- Nie chce więcej - burknąłem niezadowolony opadając z powrotem na materac, który nieco odbił moją głowę.
- Musicie solidnie wypocząć... W tedy poczujecie się dużo lepiej - stwierdził pomagając napić się również mojej siostrze, która tak samo jak ja nie była zbytnio chętna na wypicie tajemniczego roztworu wodnego, ale jakoś to przełknęła. Mężczyzna długo z nami nie siedział, ponieważ po poprawieniu nam koców od razu opuścił pomieszczenie zamykając nas na wiele spustów byśmy nie mogli zwiać głównymi drzwiami. Poczekałem jeszcze chwilę aż kroki na korytarzu ustaną po czym mimo bólu szyi i głowy jakoś się podniosłem.
- Brat? Co ty robisz? - usłyszałem cichy szept Sary, która wpatrywała się we mnie słabym wzrokiem.
- Jakoś zwiać stąd trzeba - stwierdziłem jeszcze ciszej niż ona i dopiero teraz zorientowałem się, że nie mam na sobie swoich ubrań tylko jakiś mundur wojskowy. Cholera by ich - pomyślałem czując się w pewnym stopniu nagi. Nigdy nie przepadałem za wojskiem, gdyż nawet po mimo swojego wieku w nim nie byłem. Zawsze zwiewałem przed komisją i jakoś mi się to udawało dzięki mojej kryminalnej przeszłości. Miałem już podchodzić do okna by sprawdzić jego szczelność, lecz w tedy przypomniałem sobie, że ktoś musiał mnie przebrać w te szatańskie rzeczy przez co mimowolnie pobladłem jeszcze bardziej. Macały mnie wampiry! - przeszło mi przez myśl dzięki czemu upadłem mimowolnie na tyłek, który wylądował jak na nieszczęście na podłodze. Była tu taka ciemnica, że moje oczy ledwie cokolwiek widziały... Chciałem się znowu podnieść i poluzować nieco dechy, którymi było zabite ono, ale teraz to już w ogóle opadłem z sił ledwie doczołgując się do materaca, na którym wsparłem swoją głowę - Nie cierpię wampirów - wysapałem ledwie próbując wleźć nieco bardziej na sprężysty przedmiot, od którego nie bolałby mnie aż tak kręgosłup.
- Kias spokojnie... Jesteś za słaby jeszcze - odezwała się znowu siostra patrząc na mnie za ogromnym zmartwieniem - Nie wstawaj - dopowiedziała z małym rozkazem w głosie przez co niechętnie jej uległem. Nie lubiłem się opierniczać, a poza tym byłem teraz bezużytecznym szpiegiem, ponieważ powinienem jakoś znaleźć wyjście z tej sytuacji. Zacząłem się wzrokowo rozglądać po pomieszczeniu, gdyż zdawało mi się, iż traciłem z sekundy na sekundę coraz więcej sił. Kiedy byłem już w miarę zorientowany w tym co znajduje się w pokoju, mój wzrok zatrzymał się na drzwiach, które malowały się w bardzo ciemnej barwie. Miałem już się odzywać ponownie do swojej siostry gdy nagle napadł mnie straszny napad kaszlu. Nie wiedziałem co się dzieje! Każda próba złapania oddechu była dla mnie czymś koszmarnym i ledwie osiągalnym. Myślałem, że zaraz się uduszę kiedy nagle ktoś wparował z głośnym hukiem do pokoju, lecz nadal nie wyglądało mi to na odsiecz ojca czy tam Erica.

<Sara? ;3 Dostał uczulenia na herbatkę xd>

Od Sary cd. Kiasa

Usłyszałam bardzo głośne hałasy zaraz po ich spokojnych rozmowach co sprawiło że otworzyłam słabe oczy nie wiedząc co się dzieje ale i tak byłam zbyt słaba by się na razie ruszać. Nie było już tamtej dwójki, która jeszcze przed chwilą się kłóciła, lecz był sam doktorek, który dotknął mojego czoła i zmarszczył nieco brwi. Bałam się go bo nie wiedziałam co zechcą jeszcze z nami zrobić, a poza tym nawet nie wiedziałam czy ojciec wie że tu jestem... Słyszałam krzyki na korytarzu, więc coś musiało się dziać, ale to na pewno nie był wjazd ojca ani tym bardziej Erica... Spojrzałam na tego lekarzunia słabo, który właśnie sięgał po jakąś strzykawkę, przez co się bałam że zaraz mi wstrzyknie jakiś narkotyk czy też truciznę. Chciałam się odsunąć jakoś, ale złapał mnie za rękę szybko, a że sił nie miałam, to nie miałam jak się wyszarpać.
- Nie bój się - rzekł spokojnie wbijając mi nieznaną, przeźroczystą substancję do mojego krwiobiegu, a następnie położył moją rękę na łóżku i założył jakiś opatrunek w miejscu gdzie się wbił wtedy igłą. Było mi zimno bardzo, co musiał zauważył, bo przykrył mnie bardziej kocem którym byłam okryta i dodał mi kolejny, po czy wziął drewienko jedno i włożył do pieca kaflowego, coś tam poruszał jakimś haczykiem, po czym włożył jeszcze kolejne dwa drewienka i zamknął niewielki piecyk.Kiedy chciał coś powiedzieć, nagle usłyszałam jak go wołają więc ten szybko wyszedł zamykając drzwi porządnie, a ja nie mając sił przymknęłam powieki nieco. Leżałam tak może z pięć minut, kiedy to znowu usłyszałam jak drzwi się otwierają i wnieśli jakiś materac, czym się zdziwiłam. Ktoś będzie mnie tu pilnować? - przeszło mi przez myśl i patrzyłam słabo jak położyli obok mojego łóżka owy materac, lecz nieco bliżej drzwi z dala od piecyka by w razie co ten kto tu miał leżeć ze mną się nie poparzył. Od otwierających się drzwi też był dalej wiec ten kto miał wchodzić nie walnął by leżącego. Chwilę się siłowali z materacem, a później dali małego jaśka i koc.
- Dawajcie go - rzekł lekarzunio ten sam i ku mojemu zdziwieniu oni wnieśli Kiasa! Tak mojego brata, tyle że nieprzytomnego i strasznie bladego! Boże co oni mu zrobili? - pomyślałam szybko, dość nerwowo. Położyli go ostrożnie na materacu, po czym go przykryli kocem starannie. Był słaby bardzo co widziałam po jego twarzy. Podali mu jeszcze jakiś zastrzyk, po czym wyszli i zamknęli drzwi na kilka spustów, co dało się słyszeć po zamykaniu licznych zamków. Martwiłam się o brata bardzo, lecz z tego co widziałam oni nie chcieli nam wyrządzić większej krzywdy, a przynajmniej miałam taką nadzieję, bo przecież nie musieli kłaść mnie na łóżku, ani Kiasa na materacu, ani okrywać kocami...
~~~***~~~***~~~***~~~***~~~***~~~
Nie mogłam spać więc jedyne co mogłam robić to gapić się w sufit albo na brata, który spał wyczerpany i chyba mu też wypili nieco krwi jak wtedy jakiś wampir mnie. Kias się bardzo długo nie budził ale kiedy w końcu usłyszałam jego cichy jęk, jakoś zmusiłam się do siadu i patrzyłam na brata zmartwiona. Widziałam jak powoli rozchyla powieki, a następnie próbuje wstać. Odezwałam się do niego zmartwiona bardzo, a po jego głosie wywnioskowałam iż nie czuje się za dobrze...
- Chyba umieram - wydusił z siebie jakoś starając się nie jęczeć - Wypił chyba ze mnie litr - dodał jeszcze próbując się jakoś podnieść, ale wszystko szło mu bardzo marnie.
- Ze mnie też jeden raz wypił ktoś krew, wiem jakie to uczucie - rzekłam słabo, po czym opadłam na łóżko, a po chwili znowu usłyszałam jak szereg zamków się otwiera za dole drzwi, na środku i u góry. Kuźwa więcej zamków się zamontować nie dało? - pomyślałam sobie, a po chwili wpuszczono do nas doktorka, za którymi drzwi się zaraz zamknęły. Miał w rękach dwa parujące kubki, który jeden postawił na jakby stoliku, a drugi postawił na podłodze i uniósł nieco ledwie żywego brata, który jakoś chciał się sprzeciwić, lecz nie miał na to sił, a ten podstawił mu pod nos kubek. 
- Napij się tego, to Ci pomoże odzyskać nieco sił - rzekł ze spokojem.
- Nie chcę - powiedział jakoś brat, który zapewne się obawiał jak ja że to jakaś trucizna.
- Nie bój się... Gdybyśmy chcieli Cię zabić już dawno byśmy to zrobili... Śmiało pij, to dobre - rzekł znowu spokojnie zachęcając go. Brat wahał się przez chwilę co ma robić w tej sytuacji.
- No śmiało! - rzekł łagodnie nadal go podtrzymując prawą ręką za plecy - Wiem przecież że zaschło Ci w gardle i boli Cię szyja, to też pomoże na to - rzekł jeszcze, co najwyraźniej przekonało nieco brata i zaczął powoli pić, na co mężczyzna lekko się uśmiechnął.

< Kias? ;3 coś słodkiego to do picia jest więc dobre xdd jakieś ziółka wzmacniające z czymś tam xdd >