piątek, 7 grudnia 2018

Event Świąteczny!

Cicha Noc... Zombie w koc... Do stajenki hej! Na naszym blogu po raz kolejny mamy zaszczyt spędzać święta Bożego Narodzenia! Z tej okazji mam przyjemność zaprezentować wam Event Świąteczny na kończący się powoli rok 2018! Zapraszam do brania udziału i mam nadzieję, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie :)

Zadanie #1
Zapewne każdy w noc wigilijną oczekuje jakiegoś prezentu. Dwudziestego czwartego grudnia na naszym blogu pojawią się tajemnicze podarki! Ten kto pierwszy znajdzie ich całą szóstkę zwycięży.
Minimalna ilość słów: Nie dotyczy.
Nagrody: 1 miejsce - 100 pkt, 2 miejsce - 50 pkt, 3 miejsce - 25 pkt.

Zadanie #2
Wieczór wigilijny raczej każdy chce spędzić ze swoją rodziną. Cały dzień zapowiadał się jak marzenie. Zero śnieżyc, nie najgorsze temperatury... Wszystkie zombie pozapadały się niemal w ogromne zaspy. Miałeś przygotowywać już prezent dla ważnej tobie osoby, lecz nagle musiałeś opuścić bezpieczny azyl i udać się w północną część miasta. W opowiadaniu zawrzyj: Dlaczego tam poszedłeś? Zdążyłeś wrócić na wigilię? Na jakie nieprzyjemności natrafiłeś?
Minimalna ilość słów: 500 słów.
Nagroda: 200 pkt.

Zadanie #3
Wygląd dzisiejszych świąt odbiega nieco od tych, które odbywały się przed wojną. Mniejsza ilość potraw wigilijnych, uboższe prezenty, mniejsze grono ludzi z jakim je spędzamy... Jednak tradycje nadal pozostają takie same! Opisz przebieg swojej wigilii. W odpowiadaniu zawrzyj: Z kim ją spędzasz? Jakimi prezentami się wymieniacie? Co spożywacie na wieczerzy? Śpiewacie kolędy, a może spędzacie ją na rozmowach, bądź w ciszy?
Minimalna liczba słów: 500 słów.
Nagroda: 230 pkt.

Zadanie #4
A co jeśli cofnąć by się w czasie? Do roku 2018, kiedy nikt z nas nie myślał o morderczej wojnie? Napisz opowiadanie na temat ubierania choinki oraz spędzanie jednego, świątecznego dnia.
Minimalna liczba słów: 500 słów.
Nagroda: 250 pkt

Zadanie #5
Pamiętacie zadania zeszłoroczne? W tym roku pragnę odświeżyć jedno z nich! Macie za zadanie przerobić kolędę, pastorałkę, bądź wiersz tak by pasował do klimatów naszego bloga. Pamiętaj, aby w poście zaznaczyć tytuł przerabianego dzieła! Liczę na waszą pomysłowość i oryginalność. Uwaga! Parodie skopiowane z zeszłego roku nie są brane pod uwagę!
Minimalna liczba słów: Nie dotyczy.
Nagroda: 150 pkt + najlepsza parodia zostanie umieszczona w poście podsumowującym rok.

Zadanie #6
Śnieżyca, która rozpętała się godzinę temu stanowczo spowalnia twój marsz. Jesteś cały zmarznięty, a do domu jeszcze daleka droga. W końcu nie wytrzymujesz i padasz na twarz. Myślisz, że to już twój koniec, lecz ratuje cię nieznajoma ci osoba. Co robisz? Jak na to wszystko reagujesz? Wrócisz od razu do domu, czy spędzisz z nieznajomym resztę dnia/nocy?
Minimalna liczba słów: 500 słów.
Nagroda: 200 pkt.

Zadanie #7
Pierwsze podejście do konkursu plastycznego czas zacząć! Narysuj swoją lub czyjąś postać w zimowej sytuacji. Może to być lepienie bałwana, walka z zombie lub rozdawanie prezentów oraz wiele, wiele innych rzeczy, które wpadną wam do głowy. Prace można przesyłać na howrse lub podsyłać na chatcie bloga.
Minimalna ilość słów: Nie dotyczy.
Nagroda: 300 pkt.
Ograniczenia: Max 3 obrazki.

Event trwa od 07.12.2018 roku do 29.12.2018 roku!

czwartek, 6 grudnia 2018

Od Eri cd Parker

Ostatnimi czasy pan wiecznie-uprzejmy-Reker pozwalał mi opuszczać to, co on nazywał pokojem gościnnym, a ja zaś określałam mianem celi więziennej. Bo czym innym jest pomieszczenie znajdujące się dwadzieścia metrów nad ziemią, o oknach zamkniętych na klucz i drzwiach w pobliżu których niemal zawsze przebywał "przypadkowo przechodzący" żołnierz. Należeli do oddziału tego idioty, który mnie tu przyciągnął.
Zwykle gdy udawało mi się opuścić wieżę, starałam się oddalić najbardziej jak to możliwe od siedziby głównej tego całego obozu czy jakkolwiek oni to zbiegowisko nazywali. Z jakiegoś nie do końca znanego mi powodu za każdym razem prędzej czy później znajdowałam się na dachu jakiegoś budynku.
Tak właśnie było też teraz. Tyle, że teraz nie byłam sama. Zobaczyłam jakąś nieznajomą kobietę wskakującą na dach całkiem nieźle zachowanego sklepu. Była piętro pode mną, ale zdawała się zbyt zajęta czymś co zostało na ziemi. Co ona do cholery robi na moim dachu?!
Po cichu zsunęłam się na niższą część dachu, z ciekawością spoglądając za jego skraj. Zobaczyłam tam zombiepochodnie.
– Brakuje tylko pianek.
Odwróciła się w moją stronę lekko zaskoczona, unosząc pytająco brew.
- Niezłe ognisko, chociaż słyszałam o cichszych metodach samobójstwa - dodałam, widząc, jak chodzące koksowniki zbliżają się niebezpiecznie do sterty śmieci pod ścianą. - Jeśli będziemy tu tak stać niedługo do nich dołączymy.
Nieznajoma wciąż się nie odzywała, patrząc na mnie podejrzliwie, ja zaś zwyczajnie podciągnęłam się na dach, na którym wcześniej siedziałam. Brunetka miała z tym jednak większy problem, gdyż jej torba wciąż zsuwała jej się z ramienia. Wyciągnęłam do niej rękę, oferując pomoc. Zawahała się, jednak ostatecznie chwyciła mnie za dłoń i wspięła się na wyższa kondygnację.
- Jestem Echo - przedstawiłam się, podnosząc lekko kącik ust.
Kolejna chwila zawahania.
- Parker - rzuciła, rozglądając się.
- Nie jesteś stąd - zapytałam? a może oznajmiłam?
Parker potwierdziła kiwnięciem głową.
- A ty? - spytała odruchowo.
- Nie pamiętam - przyznałam. - Niektórzy tu twierdzą, że mnie znają. Ja ich nie pamiętam. Te miejsca wydają się prawie znajome, jakby były tuż poza pamięcią - wyznałam zanim jeszcze zdążyłam się zorientować co robię.
Parker po raz pierwszy lekko się do mnie uśmiechnęła. Na chwilę zapadła cisza, przerywana jedynie przez odgłosy zombie na dole oraz dźwięk upadającego na chodnik gruzu. To one właśnie one przypomniały nam, że powinnyśmy się stąd zwijać.
Przebiegłyśmy kilkaset metrów po dachach, aż w końcu wróciłyśmy na poziom ulicy. Z jakiegoś powodu nie rozstałyśmy się, idąc przed siebie i rozmawiając o rzeczach równie istotnych jak pogoda i walające się wszędzie śmieci.
Nie zwracałam zbyt dużej uwagi na to gdzie idę dopóki nie zorientowałam się, że jesteśmy kilkadziesiąt metrów od wieży Śmierci. Nadal bawiłyśmy się w trafianie podrzuconego kamyka innym kamykiem. Pozornie niewinne zajęcie, prawda? Tak. O ile nie masz szczęścia nie nie trafić w cel, a wyrzucony przeze mnie kamień poszybował w kierunku jakiegoś mężczyzny stojącego przed bramą. Przeczucie uderzyło mnie, gdy kamień uderzył go w tył głowy. Tuż potem potwierdził to głos Rekera.
- Co do cholery? - odwrócił się w naszym kierunku.
- Kuuurwa - powiedziałam bezgłośnie. - Ulotnijmy się zanim tu przyjdzie - poprosiłam z nutą desperacji w głosie.
Odwróciłam się.
- Eri stój! - krzyknął Reker, gdy zaczęłam biec.

Parker?

wtorek, 4 grudnia 2018

Od Fallon do Parker

„Kocham Cię, znajdziemy się przy dużych jeziorach.”
Słowa, które kreśliłam niemal w dzikim pędzie, na chwilę przed włożeniem listu do książki, wydawały się strasznie odległe. Co jeśli nie miały już sensu, a moja wycieczka do Nowego Jorku tylko mnie w tym utwierdzi? W końcu wojna zmienia ludzi, a Parker… mogła mieć nowe życie, do którego nie będę pasować. Kto wie, może myślała, że nie żyję i znalazła sobie kogoś innego? Wszystkiego dowiem się przy jeziorach. O ile ją tam spotkam. A jak nie… będę czekać. Czy byłam żałosna? Prawdopodobnie. Ale to była jedyna bliska mi osoba (no oprócz dziadka), którą musiałam odnaleźć. Obym nigdy nie musiała usłyszeć, że jej już nie ma.
***
Plusem mieszkania na Alasce przez większość swojego życia było to, że miałeś gdzieś „niskie temperatury” w innych częściach Ameryki. Stawiałam, że było pięć stopni, co było dla mnie całkiem ciepłe. Wiatr nie był taki zły, a marsz wydawał mi się czystą przyjemnością, która była miłą odmianą po miesiącach treningów i bezsennych nocy. Ewentualnie nocy pełnych sennych koszmarów. Tak, szybki marsz był przyjemny. Szczególnie, gdy cel mojej podróży był w zasięgu wzroku. Zatrzymałam się na chwilę i popatrzyłam na panoramę zniszczonego Nowego Jorku. Kiedyś majestatyczne miasto, dziś było tylko ruiną, szkieletem dawnego organizmu, który królował w Stanach i na całym świecie. I jednocześnie było Ameryką w miniaturce. Będąc w kilku miastach widziałam tylko jedną różnicę. To było duże. I więcej z niego zostało. Chociaż nie. Miało w sobie więcej ze szkieletu.
Pokręciłam głową i ruszyłam przed siebie. Bezpieczniej byłoby, gdybym trafiła tam przed zmrokiem. Mniej zombie, mniej zagrożenia życia, więcej szans na znalezienie Parker. Dziadek dał mi list dla starego znajomego, żebym nie musiała zaczynać totalnie od zera. Mogłabym. Ale wolałabym skupić się na poszukiwaniach chociaż jakichś szczątkowych informacji o Parker. Mimowolnie musnęłam dwa pistolety i ruszyłam przed siebie. Jeśli mama miała rację i jakiś Bóg istnieje, to miałam nadzieję, że ciągle mam jego opiekę. Albo przynajmniej wysłał do tego zadania moich rodziców. Czy cokolwiek.
***
Narzucone szybkie tempo zaskoczyło nawet mnie. Na skraj miasta trafiłam na dwie, trzy godziny przed zmierzchem. Ale jednak dzisiaj nie miałam zamiaru szukać znajomego dziadka. Cicha nadzieja, która była tylko resztką starego życia, szeptała, że jestem na neutralnym terenie i mogę spokojnie znaleźć kryjówkę. Pytanie, na ile była ona przeczuciem, a na ile pewnością. Nie miałam informacji. Ale dziadek był święcie przekonany, że mam instynkt. Jestem Clarke, to rodzinne.
Skręciłam w mniejszą uliczkę i na wszelki wypadek sprawdziłam ją całą. Tylko jakieś pozostałości po życiu mieszkańców… Czasami zastanawiałam się, czy nazywanie tej wojny apokalipsą miało sens. W końcu, po apokalipsie, totalnym końcu, nic nie zostaje. A po tej wojnie zostało zdecydowanie za dużo. Dziadzio Hitler kilkadziesiąt lat wcześniej zrównał miasto z ziemią, a Rosjanom się to nie udało. Pewnie byłby zniesmaczony. Ale przynajmniej teraz w piekle ma pewnie gromadkę kompanów. Skurwiele, mieli szczęście. Podejrzewałam, że mimo piekielnych tortur, piekiełko było lepszym wyjściem niż ziemia. Tam przynajmniej wiedziałeś, co cię czeka. Tutaj? Pewny mogłeś być tylko tego, że zombie mogą czaić się wszędzie. Pokręciłam głową. Tu, na razie, ich nie było. Miałam spokój na jedną noc.
Szybko znalazłam w miarę wysoki punkt obserwacyjny, gdzie mogłam przeczekać godziny ciemności. Lepiej się nie narażać, mrok nie był przyjacielem. Zdjęłam całkiem porządny plecak i sprawdziłam, czy znajduje się tam coś przydatnego. Zostały mi trzy racje żywności i pół bukłaka wody. Do znalezienia jakiejś grupy ludzi, która będzie względnie przyjazna powinno mi wystarczyć. Szczególnie, że jakoś nie byłam głodna.
Usiadłam na krawędzi, przez co moje nogi swobodnie zwisały, ale byłam pewna, że nie spadnę. Pozwoliłam sobie na lekką dekoncentrację i puściłam swoje myśli na wiatr. Dziadek powiedział, że do mnie dołączy. Nie wiedziałam tylko, kiedy. Ale byłam pewna, że to się stanie. Był starym wygą, a takich nic nie jest w stanie zniszczyć. Może sprawność i siła już nie ta, ale zazdrościłam mu sprytu. Cicho wierzyłam, że odziedziczyłam po nim więcej niż kolor oczu i zamiłowanie do siatkówki, które – nota bene – czasami się przydawało. Tęskniłam za graniem. Meczami. Publicznością. Współzawodniczkami. Cheerleaderkami. Parker.
Parker… znowu te czarne myśli. Nie mogłam odgonić wizji jej i innej osoby splecionej w miłosnym uścisku. Minęło tyle czasu, tak dużo się stało… nie łudziłam się nawet, że jest taka jak dawniej. Ale chciałabym, żeby ciągle była moja.
– Nie nastawiaj się, Fall. – Powtarzał dziadek. – Wojna zmienia. Może ona cię nie zechce. Może ty jej. Nie wiesz tego. A może ona jest już zombie.
– Nie jest. Żyje. – Przerywałam mu wtedy. – Gdyby coś jej się stało, wiedziałabym. W końcu Clarke mają instynkt.
– I łatwe do zdobycia serca Fall, za łatwe. – Kiwał głową i kazał mi wracać do ćwiczeń.
Może miał rację. Może tylko się łudziłam. Ale ta ułuda pozwalała mi żyć.
– Days feel hard earned, night grows longer, summer says its goodbyes, and darkness covers, we find shelter, our own place to hide. – Zanuciłam cicho wyuczonych słów. Mama uwielbiała OneRepublic. Chociaż jej kołysanka była dobra. Teraz bardziej pasowała kołysanka Katniss. – Are you, are you, coming to the tree? Where dead man called out, for his love to flee, strange things did happen here, no stranger would it be, if we met at midnight, in the hanging tree.
Już dość tej muzyki na dziś. Najwyraźniej miałam lepszy humor niż myślałam. Tak sobie śpiewać. I to na głos. Zombie raczej tym nie ściągnę, ale ktoś nieodpowiedni mógłby to usłyszeć… nie. To mi się w ogóle nie opłaca. Chociaż… mógłby wziąć mnie za konającego kota, albo coś. Mój głos pozostawiał wiele do życzenia… cóż. Może jednak jestem bezpieczna.
Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. Kto by pomyślał, że tak to się skończy. Siedzę w jakimś rozpadającym się budynku na obrzeżach Nowego Jorku i śpiewam kołysanki. Nie zapominając o machaniu nogami, rozważaniu miliona scenariuszy na przyszłość – która nie nadejdzie, teraźniejszość – która jest jak ruchome piaski i przeszłość – której nie da się zmienić, ale można pomarzyć, co by było, gdyby. Najgorsze jest to, że jest jak jest. I żadna modlitwa do żadnego Boga nie jest w stanie jej zmienić.
– Pamiętaj Fallon, miej szacunek do Boga, bo on cię osądzi. – Powtarzała matka.
Ale ja już nie byłam Fallon Clarke. Byłam Kainda Coldarow. Czy Bóg osądzi mnie, czy nie, Katja Millay miała rację – chyba nas nienawidzi.
Wtedy usłyszałam szelest. Minimalny, ale do wychwycenia. Odwróciłam się błyskawicznie, jednak ciągle siedząc na krawędzi. Jeśli to wróg, dowiem się, czy istnieje Bóg o wiele szybciej niż zamierzałam. Powoli zaczęłam sięgać ręką do kabury, gdy usłyszałam głos. Głos, od którego zjeżyły mi się włosy na głowie, a w oczach pojawiły łzy.
– Fallon?
– Parker?
***
Kocham Cię, znajdziemy się przy dużych jeziorach.”. Ucałowałam lekko kartkę i włożyłam ją do książki. Pamiętaj Parker. Pamiętaj.


Parker? Masz ochotę na spotkanie po latach? :D

Od Parker

– Jak planujesz zniszczyć potwory nie stając się jednym z nich?
To pytanie odbijało się echem w mojej głowie, gdy przy akompaniamencie rzęsistego deszczu wkroczyłam na teren miasta. Joseph, a może raczej jego wspomnienie, towarzyszył mi od samego rana. Nauczył mnie więcej niż jakikolwiek nauczyciel w całym moim życiu – i to z goła ważniejszej umiejętności niż algebry. Pokazał mi, jak przeżyć. Komu potrzebna matematyka, kiedy po świecie wałęsają się hordy zombie oraz resztki ocalałej populacji, a obie grupy chcą twojej śmierci? Kiedy istniała realna szansa, że większość tego, co przetrwało z Amerykańskiego Snu (lub też koszmaru, jak kto woli) chciało cię zjeść lub zabić (a najprawdopodobniej oba), logiczniejsze wydawały się ćwiczenia z bronią niż rachunki. Tyle wiedzy i umiejętności, a te bestie i tak cię dopadły, co Joseph? Pomyślałam tępo, poprawiając wbijający się w ramię pasek czegoś, co jakiś czas temu można było nazwać torbą, prawie dostając zawału, gdy coś otarło się o moje stopy. Automatycznie sięgnęłam po przyczepiony do pasa nóż tylko po to, żeby zorientować się, że przestraszył mnie pierdolony szczur. Szczur!
– Przestań myśleć o pierdołach, skup się na otoczeniu dziewczyno!
– Jasne, jasne Joseph – pomyślałam zgryźliwie. – Nie denerwuj się tak, bo dostaniesz zawału staruszku…aaaa racja. Trochę za późno na ten rodzaj śmierci.
Zrezygnowałam z pomysłu dobycia noża, mimo że potencjalna kolacja oddalała się z prędkością tupotu małych, szczurzych łapek. Naciągnęłam na zziębnięte dłonie rękawy lekko już zniszczonej i –  pewnie w niektórych miejscach trwale ubrudzonej – tuniki, po czym mocniej owinęłam się – jak to lubiłam kpiąco nazywać – lisim okryciem. Była to najprawdopodobniej najcenniejsza posiadana przeze mnie rzecz, nie licząc noży, ale one utrzymywały mnie przy życiu, więc nic dziwnego, że miałam do nich pewną słabość. Rozejrzałam się po okolicy. Mnóstwo budynków ledwo trzymających się swojej pierwotnej formy. Roślinność już dawno przestała się przejmować jakimikolwiek konwenansami i próbowała swoich sił gdzie tylko się da – mizerne pnącza porastały budynki, a mechopodobne narośla na chodnikach i pod latarniami wyglądały jak surrealistyczne poduszki. Nie zastanawiając się, ruszyłam w kierunku – tak jak przypuszczałam – centrum miasta,  po drodze mijając zardzewiałą i powygniataną maskę samochodu. Volkswagen, niebieski sadząc po pozostałościach koloru, pomyślałam, przesuwając palcem po dachu czegoś, co kilkanaście lat temu uchodziło za niezbędnik każdego człowieka, a teraz zostało zdegradowane do czegoś na poziomie doniczki. Koła oraz jakiekolwiek wartościowe przedmioty zostały zagrabione na samym początku tej bombowej rosyjskiej balangi, więc samochód nie mógł już nikogo interesować. Chyba że ktoś lub coś rozważało go za dobre schronienie, co było czysta głupotą. Żadnej drogi ucieczki, przestrzeni do walki… tylko dach nad głową. Krótko mówiąc: metalowa trumna. Tak jak każdy z samochodów stojących wzdłuż chodnika.
– Potencjalne cmentarzysko. – Mruknęłam pod nosem jeszcze raz przesuwając wzrokiem po miejskim krajobrazie.
Mogłam sobie jedynie wyobrazić, jak to wszystko wyglądało przed plagą śmierci i cierpienia. Jednak jakiekolwiek wyobrażenia nie oddawały piękna widzianego przeze mnie w tym zniszczonym mieście. Deurbanizacja miasta mnie zachwycała, w dość niepokojący i niezrozumiały dla innych sposób.
Skoro o niepokojących zjawiskach mowa, chyba nie byłam dłużej sama. Starając się nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi, wyciągnęłam zza pleców maczetę i pewnie trzymając broń w dłoni, odwróciłam się, by zbadać otoczenie. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się zwyczajne, ale instynkt nie dawał mi spokoju.
– Gdzie jesteś paskudo? – Zanuciłam melodyjnie pod nosem, szukając źródła swojego niepokoju, wprawnie kręcąc nadgarstkiem.
Miałam się już poddać i oficjalnie nazwać się świrem, gdy poczułam charakterystyczny odór zombie, a zza rogu budynku wyłoniła się gnijąca wersja istoty ludzkiej. Prawie wybuchnęłam śmiechem, gdy mój – niezbyt dobry w te klocki – mózg rozpoznał w wiszących na niej resztkach garderoby, suknię ślubną. Pierdolona gnijąca panna młoda.
- Pora na pierwszy taniec. Dużo szczęścia na nowej drodze życia, czy jakoś tak. – Mruknęłam ruszając w jej kierunku.
Dobrze, że specjalnie się nie spieszyłam, bo za panną młoda zgodnie podążali goście. Oczywiście, że takiego smrodu nie mogł powodować jeden zombie Blackleach, zganiłam się w myślach. Oczywiście, zanim zorientowałam się, że wypadałoby się wycofać, mój mózg nie omieszkał zastanowić się, co do cholery stało się z panem młodym, a dopiero potem kazał reszcie ciała kulturalnie spierdolić z imprezy. Śmierdzące mięso poruszało się zadziwiająco szybko jak na coś… co teoretycznie nie żyło, a zabudowania na ulicy skutecznie uniemożliwiały zniknięcie – jedyną opcją był maraton za miasto. Mimo że moje nogi samoistnie zaczęły ciągnąć mnie w tamtym kierunku wiedziałam, że potrzebuję innego planu. Poprawiłam torbę próbując dopasować prędkość kroków do prędkości informacji, które przeskakiwały między synapsami. Ominęłam jedną konstrukcję samochodopodobną, prawie wpadając na jej maskę. Przeklęłam pod nosem. Pewnie dla nich to żadna różnica, czy spożyją człowieka z całymi kośćmi, czy też nie. Jedynym plusem był jedynie brzęk szkła dochodzący z mojej, jeszcze trzymającej się, torby. Sięgnęłam po butelkę lądując się na dach. Pól butelki nawet znośnego alkoholu, co za strata. Zombie jednak były coraz bliżej, więc nie czas na sentymenty.
– Chcesz je zabić, czy umówić się na randkę? – Sarkastyczny ton głosu Josepha znów zabrzmiał w mojej głowie.
– Pierdol się starcze! –  Mruknęłam tylko, wykorzystując znaleziony również w torbie kawałek materiału i resztki życiodajnego płynu na stworzenie amatorskiego ładunku.
Zerknęłam na pierwszego stwora, który był zaledwie parę kroków dalej. Wygrzebałam z kieszeni spodni zapalniczkę i czekałam, aż całe weselicho zgromadzi się przy masce samochodu. Kiedy do kompletu dołączył ostatni imprezowicz, podpaliłam szmatę i rzuciłam Osame (dobre imię jak na koktajl Mołotowa) zombiakom na pożarcie, sama zsuwając się na ziemię po drugiej stronie auta. Huk był cudowny, a ogień jeszcze lepszy. Jedynie smród co nie co przeszkadzał. Wytarłam ręce i otrzepałam tyłek, wracając do pionu i zamiast oddalić się z resztką godności w stronę zachodzącego słońca, stałam w miejscu jak głupia. Ludzie, którzy twierdzili, że seks jest boski chyba nigdy nie oglądali czegoś tak pięknego jak niekontrolowane płomienie. Nie wiem, ile tam stałam pożerając wzrokiem to niecodzienne ognisko, bo kompletnie straciłam poczucie czasu. Znając siebie i chwilowe zaniki intelektu, nie oderwałabym wzroku od przedstawienia jeszcze przez dłuższy czas, gdyby nie głos. I tym razem inny, niż ten, który prześladował mnie od rana.
– Brakuje tylko pianek.
Wyrwana z transu tylko odwróciłam głowę w jej stronę i – mam nadzieję – pytająco uniosłam brew.
- Niezłe ognisko, chociaż słyszałam o cichszych metodach samobójstwa.
*
– Jak planujesz zniszczyć potwory nie stając się jednym z nich?
– Proste. Stając się czymś gorszym.

Eri?