piątek, 22 września 2017

Od Erica cd. Brajana

Było źle... Co ja pieprzę, było bardzo źle! Jacyś idioci postanowili nas zaatakować przez co musiałem odejść od Brajana zostawiając go pod ochroną innych ludzi. Chłopiec spał więc miałem nadzieję, że szybko uporamy się z problemem w postaci wrogów i będę mógł do niego prędko wrócić.
- Lewa flanka... Skup się, bo jak dostaniesz w kręgosłup to możesz zostać przykuty do łóżka - mruknąłem w stronę Roberta, który pokiwał na moje słowa z ogromną niechęcią. Chyba nie spał w nocy, ale to były tylko przypuszczenia... Przecież zawsze mogło mi się tylko wydawać... Sam ostatnio długo nie sypiam by czuwać przy małym jak najdłużej potrafię, ale może zmieńmy już temat. Bitwa trwała w najlepsze a wszędzie dało się usłyszeć jedynie strzały i krzyki rannych, którzy w różnych językach świata wołali o pomoc. W Anarchach są głównie Amerykanie, ale zdarzają się też Hiszpanie, Włosi, Francuzi a nawet mamy kilku Ruskich, którzy są dobrzy, ale zawsze mamy ich na oku czy czegoś tam nie kręcą... Zresztą sprawdzać trzeba każdego człowieka, bo nigdy nie wiadomo co mu do łba strzeli nawet po długim stażu.
Przebiegałem właśnie do kolejnej osłony by mieć lepsze pole do popisu gdy nagle znalazł się obok mnie Callum, który swoją drogą był bardzo zdenerwowany oraz zmęczony.
- Kilku się przedarło - wysapał uciskając krwawiącą ranę na co ja prawię zdębiałem, ale pomogłem dostać mu się do medyków, którzy od razu zajęli się tym by przeżył. Cholera jasna - warknąłem w myślach patrząc w stronę kryjówki gdzie biegło już kilku moich ludzi. Z jednej strony musiałem iść zobaczyć co się dzieje z Brajanem natomiast z drugiej musiałem wspomóc tutaj ludzi i zostać na polu walki by ci idioci czasami nie wygrali. Myśląc pod wpływem zdenerwowania nagle przypomniał mi się mój sobowtór... To znaczy chłopak nie jest taki sam jak ja, ale każdy się zazwyczaj nabiera... Ma on nieco inny odcień włosów i inne rysy twarzy, lecz rozpoznawać go umie tylko mój gang. Niepostrzeżenie ruszyłem w stronę powrotną rozglądając się co chwilę na boki by jak najszybciej odnaleźć swój poszukiwany cel. Gdzie jesteś? - pomyślałem czując uporczywy ból głowy. Tia... Cały czas byłem chory co w połączeniu z częstymi bólami serca było czasami niczym tortura dla duszy.
Będąc już niemal przy wejściu do części zamieszkałej przez Anarchów wreszcie go zobaczyłem! Może i ludzie nie będą go się słuchać, ale najważniejsze by tamte głąby się pomyliły. Szybko zaciągnąłem blondyna do cienia by nikt nas nie mógł zobaczyć oraz zacząłem mu tłumaczyć całą sytuację. Louie skinął na te informacje tylko głową oraz ułożył nieco inaczej włosy po czym wymieniając swojego glocka na moje M4 pobiegł w centrum pola walki a ja sam udałem się biegiem do swojej sypialni przeczuwając, że stało się coś złego. Kiedy tylko pociągnąłem za klamkę zorientowałem się, iż drzwi są otwarte! Nie chcąc już dłużej czekać, wpadłem do pomieszczenia niczym huragan, lecz widok, który tam zastałem wnerwił mnie do granic i przysporzył też o przykrość, ponieważ wszyscy moi ludzie byli pozabijani w okrutni sposób... Wszędzie było pełno krwi a co najgorsze nigdzie nie mogłem znaleźć chłopca!
- Eric... - usłyszałem nagle jakiś głos. Słowo było wypowiedziane niemal przez ściśnięte gardło więc musiałem się śpieszyć by odnaleźć odpowiednią osobę pośród tej masakry, lecz na szczęście wszystko łatwo poszło.
- Elliot! - niemal krzyknąłem podbiegając do mężczyzny, który już umierał z powodu szybkiej utraty krwi.
- Ruskie... Zabrali go... - mówił - Zdradzili... Chcieliśmy powstrzymać... - dodał jeszcze zaczynając coraz szybciej oddychać.
- Spokojnie, spokojnie - rzekłem by go jakoś uspokoić oraz cały czas uciskałem ranę, żeby chociaż on to wszystko przeżył.
- Zabiją go... Śpiesz się - wyjęczał próbując zasnąć, lecz ja mu na to stanowczo nie pozwoliłem.
- Nie możesz spać - powiedziałem stanowczo, ale w jego oczach nie było już praktycznie żadnych chęci na walkę. Ból jaki zadawały mu rany zaczął go zniechęcać do trwania w przytomności oraz dalszego życia co doskonale rozumiałem... Nie jeden raz chciałem się właśnie przez to poddać, ale zwykle ktoś mnie z tego wyciągał więc ja muszę zrobić to samo z nim. Zacząłem zadawać mu proste pytania, na które dzięki Bogu szybko odpowiadał. Potem przybiegli lekarze a ja wiedząc, iż się już tutaj nie przydam, wybiegłem na korytarz przy czym mocno ścisnąłem w prawej ręce medalion z wilkiem, który nieco zabłyszczał. Pomóż mi Onix... Nie mogli daleko z nim odejść - pomyślałem a już po chwili pokazał się przede mną szary wilk - Zaprowadzisz mnie do niego? - zapytałem z nadzieją dzięki czemu skinął głową oraz zaczął prowadzić mnie na zewnątrz gdzie walka dobiegła już końca.
Son of Anarchy jak zwykle wygrali... Zamiast strzałów dało się teraz usłyszeć tylko okrzyki radości. Przeważały tam głównie słowa "Victoria gratias ad principes" co po przetłumaczeniu z łaciny na nasz język oznaczało "Wygrana dzięki przywódcy". Mimowolnie uśmiechnąłem się na te słowa, lecz nie mogłem się teraz zatrzymać. Cały czas biegłem za wilkiem i w miarę na nim nadążałem, bo nie ukrywajmy to był wilk a ja marny człowiek jestem od niego wolniejszy! Nawet jeśli dla niektórych jestem jakimś maratończykiem to niestety ze zwierzętami zawsze przegram... Oczywiście nie licząc Szanel, bo to leniwe kocisko ledwie co łazi.
Nie miałem na sobie żadnej kurtki, ale nie przeszkadzało mi to w najmniejszym stopniu, ponieważ zagrzałem się bardzo przez ten nieustanny bieg. Cały czas martwiłem się o malca i wiedziałem, że jak zrobią mu dużą krzywdę to zdechną na takich torturach jakich świat jeszcze nie widział! Cały czas ogarniała mnie coraz to większa wściekłość... Miałem ochotę ich wszystkich tam rozszarpać i wy faszerować ich na wzajem flakami swoich kumpli, ale to może po godzinach pracy.
*****
Na miejsce dotarłem dopiero po jakiejś godzinie, ale widząc przed domem kilku ludzi od razu schowałem się w łysek krzaki, w których w czarnym stroju niemal idealnie się kamuflowałem. Poza tym gałęzie były bardzo blisko siebie dzięki czemu miałem zapewnioną jeszcze lepszą kryjówkę. Trzy ścierwa - mruknąłem z obrzydzeniem w myślach przeładowując magazynek glocka. Poczekałem jeszcze kilka sekund aż każdy typek zostanie sam i dopiero teraz wystrzeliłem każdemu idiocie prosto w łeb. Byli w takim szoku, iż pewnie sami nie wiedzieli, że umarli... Ich ciała wylądowały w białym śniegu, który wyciszył uderzenie oraz zaczął pokrywać się czerwonym kolorem. Jeden zero - prychnąłem przedostając się szybkim, ale przemyślanym krokiem do środka budynku gdzie panował mój, ukochany mrok. Od razu wszedłem do pierwszego, lepszego cienia by żaden cymbał nie mógł mnie zauważyć i zacząłem przemieszczać się blisko ściany w poszukiwaniu brązowowłosego.
Było tu w cholerę anglików, niemców i nawet znaleźli się ruscy z włochami. Gadali coś tam do siebie w swoich językach, lecz ja nie zamierzałem ich ja ka na razie słuchać. Zdechniecie ścierwa i będziecie krzyczeć jak głupie laleczki - burknąłem w myślach sprawdzając kolejny pokój gdzie panowała pustka, ale najbardziej zaciekawiła mnie krew na ścianie, która wyglądała już na starą. Mógłbym postawić tutaj wiele pytań, ale i tak pewnie odpowiedzi bym nigdy nie dostał.
*****
Po przeszukaniu całego piętra zostało mi jedynie zejść do piwnicy, która wydawała się strzałem w dziesiątkę. Czemu ja jestem taki tępy i od razu o tym nie pomyślałem? Cóż głupi jestem od samego urodzenia więc nie ma co się sprzeczać... Normalnych ludziom przecież nie dzieją się takie rzeczy... Normalne dzieci są wychowywane od najmłodszych lat w dobrych domach a mnie pomylono w szpitalu więc możliwe, że to jakiś znak, iż w tedy nie zasługiwałem na miłość ani szczęście w życiu... Na szczęście Sawowie to zmienili i sami wiecie jak to ze mną w tedy było.
Będąc już u skraju schodów zobaczyłem przed sobą kilka drzwi. Nie wiedząc, które są właściwe zacząłem nasłuchiwać niczym dzikie zwierze, w którym miejscu znajduje się jego zwierzyna. Od razu skreśliłem trzy pierwsze pokoje, w których nawet nie dało się usłyszeć odgłosu oddychania dlatego do czwartego pomieszczenia wszedłem już bez żadnego namysłu. Był to na szczęście dobry wybór, ponieważ zobaczyłem tam Brajana oraz jakiegoś mężczyznę, którego skądś kojarzyłem. Bardzo martwił się o chłopca, któremu zmieniał właśnie zimny okład na czole więc zapewne maluch znowu dostał gorączki! Czując, iż znowu mam napady gniewu od razu go zaatakowałem, ale uważałem by nie zrobić mu zbyt wielkiej krzywdy. Przyłożyłem mu nóż do gardła oraz zakryłem usta ręką by czasami się nie wydarł.
- I co teraz cwaniaczku? - fuknąłem mu do ucha na co brązowowłosy zatrząsł się ze strachu. Chciał coś powiedzieć, ale jedyne co wydostało się z ust chłopaka to ciche mruknięcie. Spojrzałem na niego nieco z góry i już po chwili rozpoznałem w nim Adama... Był Hiszpanem i szpiegiem... Kurwa znowu nas ktoś zdradził - warknąłem w myślach chcąc go udusić by mieć o jeden problem mniej, ale w sercu coś mi mówiło, że mam tego nie robić.
Zawsze był oddany oraz lojalny, nie pozwalał wycisnąć z siebie najmniejszej informacji o gangu a teraz takie coś? To wszystko było bardzo dziwne... Nie wiedząc co mam czynić, skupiłem się bardziej na śpiącym maluchu, który co jakiś czas drżał z zimna.
- Po co ci to było Adam? - mruknąłem widząc coraz większy strach w jego oczach. Poluzowałem nieco rękę oraz dałem mu złapać większe wdechy, lecz miałem go cały czas na uwadze.
- Mają moją żonę - powiedział szeptem spuszczając głowę - Nie chciałem by tak wyszło - dodał spoglądając na śpiące dziecko, do którego zaczynałem się zbliżać.
- Mogłeś powiedzieć - westchnąłem biorąc malca na ręce, który najwidoczniej mnie rozpoznał, gdyż wtulił się ufanie w moje ciało. Przykryłem go szczelnie kocykiem by czasami nie zrobiło mu się zimno oraz spojrzałem w stronę wyjścia.
- Bałem się... Mogliby ją zabić - rzekł opuszczając barki jak najniżej się dało - Przepraszam... - dodał jeszcze z ogromnym smutkiem.
- Co się stało to już się nie odstanie - stwierdziłem kręcąc lekko na boki głową - Pomóż mi się stąd wydostać to znajdziemy twoją żonę i wrócimy tam gdzie twoje miejsce - dodałem jeszcze sprawdzając wszystkie magazynki.
- Moi bracia też mogą wrócić? - zapytał jeszcze chcąc być stu procentowo pewnym, że nie straci przez tą ucieczkę pozostałej rodziny.
- Jeśli mają mózg to mogą - odpowiedziałem mu ze spokojem otwierając drzwi, przez które po chwili przeszedłem pozwalając się wyprzedzić, ponieważ on znał to miejsce lepiej ode mnie. Wchodząc po schodach panowała dookoła nas dziwna, niepokojąca cisza. Adam wahał się nieco czy ma otworzyć drzwi, ale kiedy to nastąpiło zobaczyliśmy dookoła mnóstwo krwi a jedynymi przetrwałymi była siódemka związanych ludzi oraz dwójka siedzących hiszpanów pod ścianą, których normalnie nerwy "zabijały" - No proszę suczki w komplecie - warknąłem do mężczyzn, którzy patrzyli na mnie z wściekłością w oczach - Zdechniecie jeszcze dziś więc spokojnie - dodałem z drwiącym uśmieszkiem a już po chwili zobaczyłem całą watahę wilków stojących za tą sprawą.
- Adam a ty dokąd?! - usłyszałem nagle krzyk Deryla za swoim bratem.
- Muszę ją znaleźć! - krzyknął mu tylko w odpowiedzi znikając na jednym z korytarzy. Maks i Deryl zamilkli i popatrzyli po sobie z ogromnym smutkiem.
- Nie powiem mu tego prosto w oczy... Niech sam zobaczy... - westchnął drugi brat chłopaka.
- Ona nie żyje? - zgadłem na co zgodnie pokiwali głowami.
- Zobaczyliśmy ciało wczoraj wieczorem - westchnął najstarszy mężczyzna, który nagle się przeraził tak samo jak drugi i zaczął bardziej wycofywać w ścianę. Zdziwiony spojrzałem na zwierza przy swojej prawej nodze, który podrapał się tylną łapą za uchem.
- Nie musicie się go bać... Nie robi krzywdy dobrym ludziom - stwierdziłem i miałem dodawać coś jeszcze, ale w tedy do moich uszu dobiegł krzyk i płacz, które należały zapewne do Adama. Było mi go bardzo żal i z tego co słyszałem to wybiegł na śnieg drugim wyjściem z domu. Jego bracia od razu pobiegli za nim by przypadkowo nie zrobił sobie krzywdy a ja spojrzałem na Onixa, który za pomocą swojej magi uśpił już dawno wrogów - Zrobisz coś z tym? - spytałem tuląc cały czas do siebie małego, który był z tego niesamowicie zadowolony.
- Ucierpisz na tym - próbował wybić mi to z głowy, lecz ja nie zamierzałem odpuszczać.
- Dam radę... Nie jestem przecież umierający - mruknąłem pod nosem spoglądając na schody, które ledwie się już trzymały. Jeden mały ruch i bam! Leżysz martwy kilka metrów pod sobą.
- Odradzam tego - szturchnął mnie łbem w zgięcie kolana przez co chwilowo się zachwiałem.
- A ja tego chcę... Proszę Onix! Ten jeden raz - popatrzyłem na niego z prośbą w oczach na co westchnął i poczłapał się szybko na górę. Wiele czasu mu to nie zajęło, gdyż już po pięciu minutach zacząłem czuć jak coś ze mnie ulatuje a na dodatek okropny ból serca przysparzał mnie niemal o kaszlenie, od którego jakoś się powstrzymywałem. Ból był na tyle silny, że prawie się popłakałem, ale może lepiej o tym nie wspominajmy... Na szczęście żona brązowowłosego mężczyzny powstała z martwych i wszystko było cacy.
Kiedy mój wilczy strażnik prowadził kobietę do swojego wybranka ja usiadłem na jakiejś kanapie, która zachowała się w jakimś normalnym stanie. Przynajmniej w salonie nie capiło fajkami tak jak w całym domu. Musiałem chwilę odpocząć to wszystko... Czułem każde uderzenie swojego serca w klatce piersiowej co wcale przyjemne nie było. Chcąc odwrócić swoją uwagę od złego uczucia, uśmiechnąłem się do Brajanka, który powoli zaczął się budzić. Mruczał coś tam pod noskiem śmiesznie się przeciągając. 
- Dzień dobry - szepnąłem spokojnie - Przepraszam za to co się stało... Pewni bardzo źli ludzie cię zabrali a ja nie mogłem ich powstrzymać, ale teraz już jest dobrze i do nich nigdy nie wrócisz - dodałem jeszcze głaszcząc go po głowie - Przepraszam...

<Brajanek? :3 2229 słów xd> 

Od Will'a cd. Rous

Ocho... Czyli ojciec już jest, a mój wujek czyli kabel o wszystkim wyśpiewał mu, choć też mu się dostało skoro ma czerwone ucho. Boże po cholerę tu od razu przyjeżdżał ojciec?! Co niby uważa że będą tak złym ojcem że się tak martwi? Mógł mi wysłać list, jeśli już, a nie od razu wjazd robić i mi Rous straszyć - burknąłem w myślach niezadowolony. No ja rozumiem niby, o to w końcu wydarzenie jakieś, bo jego najstarszy syn zostanie ojcem, a on zostanie dziadkiem, no ale za wiele szumu robią wokoło tego tematu i tyle w temacie.
Swoją drogą, to teraz bardzo się obawiałem o życie Rous... Jestem drugim, najlepszym snajperem w ratuszu, a co za tym wszystkim idzie, mam pewnych wrogów, którzy nie są zadowoleni z moich czynów usuwania ich jakże cudownych kumpli. Miałem wrogów i to raczej sporo, bo przecież usuwałem te ścierwa z tego świata by innym żyło się lepiej, a teraz, kiedy Rous spodziewać się będzie mojego potomka, będą chcieli jej zrobić krzywdę by się na mnie zemścić! Cholera Will... Za dużo jeździłeś na misje, choć w sumie i tak by się na mnie mścili, bo to przecież pierdolnięte jest - pomyślałem sobie. Kochałem bardzo moją narzeczoną i nie chciałem by stała jej się krzywda, tak jak i mojemu jeszcze nie narodzonemu dziecku. Kurde wczuwam się powoli w ta rolę...
Widząc jak moja ukochana bardzo jest zestresowana, ścisnąłem ją lekko za rękę by dodać jej tym samym otuchy. Cóż... W sumie ja jej ojca też się nadal bałem, a teraz kiedy będziemy mieć dziecko chyba będzie chciał mnie ukatrupić, że będę mieć tak wcześnie dziecko z jego kochaną córką. Musze dać radę, po prostu muszę - starałem się uspokoić. W sumie to też mamy problem, bo ojciec mojej kruszynki kochanej raczej nie wie że jego córka chce zostać szpiegiem. Bałem się że jak się o tym dowie to poleci na nią z pyskiem i pretensjami, a przecież jej dodatkowe nerwy nie potrzebne, a z resztą to jej własna decyzja co chce robić w swoim życiu!
Poza tym jaki zawód teraz w tych czasach niby nie jest niebezpieczny? Teraz wszystko jest niebezpieczne, łącznie z samym wyjściem na dwór w tych czasach, ale jakoś wychodzimy i wszystko, bo gdybyśmy siedzieli w podziemiach czy też w zamknięciu, to byśmy wszyscy powariowali, nastąpiła by seria samobójstw i pa pa, żegnaj raso ludzka! Dobra wracając jednak do tematu, to ojciec podszedł z wujkiem do nas, na co spojrzałem na niego z pod łba.
- Kabel - mruknąłem obrażonym tonem na wujka i spojrzałem znowu na ojca, który usiadł obok mnie - Bez kazań wiem z czym się to wiąże - dodałem jeszcze widząc iż otwiera już usta by coś powiedzieć.
- Nie obrażaj się no! - powiedział rozbawiony i mnie poczochrał, co nieco złagodziło moje jakby mruczenie na niego i wujka - Chciałem wam tylko pogratulować, nic więcej - rzekł z uśmiechem - Tak coś czułem, że niedługo zostanę dziadkiem, zważywszy że mój syn ma wiele cech po mnie o raz z charakteru  dodał jeszcze rozbawiony, a ja zmrużyłem na niego oczy.
- Cichaj ojciec - burknąłem, bo nie chciałem b ukochana się dowiedziała jakie miałem kiedyś przeżycia łóżkowe z innymi kobietami z przed wojny. To były tylko przygody, a ona jest jedyną miłością mojego życia i pierwszą zarazem i nie chciałem żeby sobie pomyślała że jestem jakiś okropny czy coś.

< Rous? ;3 brak weny wybacz ;-; >

Od Kiary cd. Reker'a & Erica

No po prostu nie mieściło mi się to wszystko w głowie! Jak można uczyć tylko samej teorii dzieciaki, które mają przecież przetrwać w tym naszym jakże cudownym świecie?! Przecież bez zajęć praktycznych niczego się nie nauczą i nie będą wiedzieli jak mają się obronić! W dodatku wiedziałam że uczyli ich Ci sami nauczyciele, po których przejęliśmy klasę i musieliśmy ich wyprowadzić jakoś na prostą…
Niby mieli się zmienić pod względem swojego nauczania, lecz jak widać oni wolą wylegiwać się na kanapie w domach i kompletnie nic nie robić, tyle że ich lenistwo skutkuje tym iż później dzieciaki wracają martwe z misji… No sorry ale jak nie wiedzą jak mają się ukrywać, nie umieją strzelać, jeździć konno w tych czasach co jest podstawą, to jak oni mają niby przeżyć?! Ni cholery to im sienie uda!
Co z tego skoro im o tym opowiadali i w ogóle, skoro nigdy sami tego nie doświadczyli, a w dodatku kiedy jest dodatkowy stres czy tam przerażenie że zaraz się straci życie, człowiek który ni ma wyuczonych już pewnych reakcji, po prostu głupieje i jedyne co mu przychodzi do głowy to ucieczka w panice, tyle że to często kończy się śmiercią, bo wróg zna już wtedy Twoja pozycję i tak dalej.
No chyba że im się spodobasz to jest jeszcze opcja że pójdzie się jako niewolnik czy coś, ale już w zasadzie lepsza jest śmierć od niewoli u wariatów. Spojrzałam na dzieciaki uważnie, po czym musiałam zadać nie wygodne dla nich pytanie w sumie.
- W takim razie powiedzcie nam czego nie umiecie a dzisiaj zaczniemy już uczyć się strzelania - rzekłam pewnym siebie tonem głosu.
Dzieciaki znowu spojrzały po sobie jakbym im teraz powiedziała coś zupełnie w innym języku, najlepiej po chińsku i się nieco zmieszali, a po ich postawie ciała mogłam wywnioskować iż wstydzą się o wszystkim powiedzieć, co w sumie było zrozumiałe, gdyż pewnie ich wspaniali nauczyciele powiedzieli że ich wszystkiego dobrze uczyli i to wiele razy.
W co oczywiście ja i mój mąż bardzo, ale to naprawdę bardzo wątpiliśmy, gdyż już zdołaliśmy ich dobrze poznać. Oj tak mamy już wyrobione o nich zdanie i to bardzo porządne z naszej perspektywy i doświadczeniu, a zresztą oni też mają o nas bardzo porządne zdanie, jak zresztą i cały obóz, bo przecież my dalej jesteśmy z tych złych duchów i pewnie jesteśmy tutaj tylko na przeszpiegach i przejąć chcemy władzę… Bzdury totalne!
- No… - zaczął niepewnie najodważniejszy z nich, ale nie patrzył na nas tylko w ziemie i jakby jednocześnie chciał, żebyśmy byli jakąś iluzją. Ku mojemu zdziwieniu ich postawy ciała świadczyły o tym że ktoś ich bije albo coś. Wiem dziwne, lecz ja już po swoich doświadczeniach zdążyłam się nauczyć mowy ciała dość, by umieć coś takiego rozpoznać czy też odróżnić od zwykłego, dziecinnego zachowania. Czyżby nasi nauczyciele kochani zaczęli stosować przemoc by uciszyć swoich uczniów? - pomyślałam sobie i mi się to nie podobało!
- Śmiało nie bójcie się – rzekł w końcu łagodnie Reker, który najwyraźniej dostrzegł to samo co ja.
- No… My nic nie umiemy – wyszeptał cicho inny z dzieciaków i lekko się skulił zasłaniając przy tym prawą ręką lekko, jakby chciał się zasłonić przed uderzeniem. Oj nie podoba mi się to i to bardzo – pomyślałam sobie znowu – Trzeba powiadomić o tym wujka jeśli w ogóle nas do niego wpuszczą, bo przecież znowu możemy chcieć go niby zabić czy otruć – burknęłam jeszcze w myślach.
- Spokojnie dzieciaki – rzekłam ze stoickim spokojem – Wszystkiego was nauczymy – dodałam jeszcze – Rozumiem że na koniach też nigdy nie jeździliście… - podsunęłam tak jakby im.
- Nie… - wyszeptali i spojrzeli znowu po sobie.
- Nie bójcie się nas – rzekłam znowu łagodnie, uważnie na nich patrząc i nie ruszając się z miejsca by ich czasem nie przestraszyć.
- Zawsze zabieraliśmy konie ze stajni, ale nauczyciele nigdy nie pozwolili nam na nie wsiadać… uczyli nas teorii w terenie, ale nigdy na nich nie jeździliśmy ani nic – powiedział wreszcie blond włosy chłopak, który swoją drogą wyglądał mi na najmłodszego z nich, a z reguły jest tak iż te najmłodsze nigdy długo języka za zębami nie trzymają.
- Oliv cicho – szepnął przestraszony starszy chłopak.
- Dlaczego ma siedzieć cicho? Dobrze że mówi takie rzeczy, bo Ci co się tego dopuścili, spotka ich kara, bo okłamywali przywódcę jak i innych, a w dodatku niczego was nie nauczyli czego powinni, a to stanowi o waszym przeżyciu w tych czasach – rzekł spokojnie Reker ze skrzyżowanymi rękami na klatce piersiowej.
- Ale będzie kara za to i zresztą i tak nikt nam nie uwierzy, bo jesteśmy tylko gówniarzami kłamliwymi – rzekł smutno czarnowłosy chłopak.
- My wam wierzymy… - powiedziałam spokojnie co ich zdziwiło i spojrzeli najpierw na mnie, a później po sobie, lecz zaraz i tak wrócili do niepewnego zerkania na nas co jakiś czas. Jak na razie było zbyt wcześnie by pytać o to co za kary im dawali, gdyż mogliśmy ich teraz tym zniechęcić i spłoszyć, czego nie chcieliśmy, lecz widzieliśmy ze na pewno nie pozwolimy krzywdzić tych oraz innych dzieciaków.

< Reker? ;3 ty tam na broni lepiej się znasz i szkoleniu niż ja xdd Jazdy konno też trza ich nauczyć, a w sumie to wszystkiego xdd >

Od Brajana cd. Erica

Nie mogłem po prostu w to jakoś uwierzyć. On chciał mnie bronić i wszystko? Jest dla mnie po tym wszystkim taki miły i troskliwy? No po prostu nie mogłem wyjść normalnie z szoku! W dodatku to wspaniałe jedzenie… Moje polędwiczki, które tak uwielbiałem! Jednak z drugiej strony nadal bałem się że mnie zostawią czy coś, że to może być tylko jakaś pułapka, albo złudzenie przed śmiertelne kiedy się zamarza na śmierć i koniec z człowiekiem.
Mimo wszystko jednak rzuciłem się na jedzenie jak wygłodniałe zwierze, bo w końcu znowu przez te pięć długich dni jadłem tylko same korzenie. Ręce mnie nieco bolały, bo jednak poraniłem się przy kopaniu dziur w śniegu, a następnie ziemi, lecz i tak sfutrowałem wszystko co mi dali, plus wylizałem jeszcze cały talerz tak że aż lśnił. Jak ja uwielbiałem polędwiczki! Pychotki! Później dostałem jakieś leki po których poczułem się znowu senny i zasnąłem na łóżku.
**
Kiedy się obudziłem, Erica nigdzie nie było, przez co myślałem iż kolejna osoba jednak kłamała i mnie całkowicie opuściła… Co ja sobie myślałem? Kto by przecież zechciał takiego kundla jak ja? - pomyślałem sobie i mój miś także zniknął, więc się bardzo zasmuciłem i cudem odgoniłem od siebie łzy. Ku mojemu zdziwieniu było bardzo ciemno, lecz mój wzrok dość szybko dostosował się do panujących tu ciemności.
Słyszałem w oddali za to wystrzały broni palnej. Bardzo dużo wystrzałów i nie wiedziałem co mam o tym wszystkim sądzić. Kiedy wstałem jakoś z łóżka przerażony tym wszystkim usłyszałem za sobą szelest, więc od razu odskoczyłem błyskawicznie i zacząłem uciekać.
- Черт! Поймайте этого ребенка! - usłyszałem warknięcie w innym języku którego zupełnie nie znałem.
- Сэм пошевелится и поймает его! - doszedł kolejny głos i ktoś mnie zaczął gonić, przez co byłem jeszcze bardziej przerażony. Kiedy chciałem dobiec do drzwi i chwycić za klamkę by uciec na korytarz, wtedy ktoś brutalnie powalił mnie na ziemie, przez co chciałem krzyknąć, lecz ten ktoś zdążył zasłonić mi usta ręką.
- Я не убегу – zarechotał ten co mnie złapał, a ja się trzasłem jak osika, plus pociekły mi z oczu łzy. Nie wiedziałem co się dzieje, oraz czego ci ludzie ode mnie chcą. Nawet ich nie rozumiałem!
- Мы избавимся от него, и это будет хорошо – zarechotał jego towarzysz, co mnie przeraziło tak jakby instynktownie i starałem się wyszarpnąć lecz na marne, bo był znacznie silniejszy ode mnie.
- Спокойствие! Вы пришли с нами – dodał ten co mnie trzymał, po czym mnie uśpili, a wszystkie dźwięki wystrzałów i innych rzeczy ucichły…
**
Kiedy się obudziłem, byłem przykryty ciepłym kocem i leżałem na jakimś materacu w strasznie zimnym i wilgotnym miejscu, prawdopodobnie piwnicy. Okna były zabite deskami i płytami, więc nic a nic nie było przez nie widać. Głowa mnie strasznie bolała i czułem się otumaniony, więc bałem się iż coś mi wstrzyknęli. Byłem kompletnie zdezorientowany i nie wiedziałem co się dzieje, oraz o co w tym wszystkim chodzi.
Chciałem się podnieść, lecz byłem zbyt słaby i chyba miałem wysoką gorączkę. Widziałem w sumie jak przez mgłę, przez co jeszcze bardziej czułem się zdezorientowany. Byłem przerażony! Jakoś sobie to poukładałem że musiał mnie ktoś porwać, tyko kto i dlaczego? Nie mogłem się nad tym dłużej zastanawiać, ponieważ poczułem zimno na swoim czole przez co się wzdrygnąłem i jęknąłem żałośnie z bólu i strachu jednocześnie.
- Idiotas! ¡Lo secuestraste y está muy enfermo! - usłyszałem czyjś podniesiony głos, przez co byłem niespokojny i nerwowo kręciłem głową, próbując zrzucić zimne coś z głowy, lecz wtedy poczułem jakiś ciężar na nim więc zapewne ktoś położył mi rękę na mojej głowie, by czasem zimny okład nie spadł mi z głowy.
- No estoy interesado en esto. Se vende y termina. Lo que sigue con su hijo no es mi problema – powiedział coś inny głos.
- Es sólo un niño! ¡Él es el hijo del líder idiota! - powiedział ten co trzymał mi rękę na czole.
Dalej niestety nie wiedziałem co się dzieje, ponieważ byłem zbyt słaby, a z resztą i tak bym nic nie rozumiał… Straciłem przytomność ponownie i miałem nadzieję że nie zrobią mi krzywdy.

< Eric? ;3 porwali go szpiedzy którzy zdradzili anarchy xdd zabili tamtych dobrych i go porwali i zrobili najazd innymi by odwrócić uwagę Erica i w ogóle xdd Znajdziesz go? Xd Oni już wiedzą że to jego syn biologiczny, dlatego go porwali bo nie uznali go w ogóle za przywódcę i chcą go dobić sprzedając go czy coś xdd >

czwartek, 21 września 2017

Od Blancy cd. Nick'a

- Uwierz, jakbym ją chciała, to byś w życiu jej na oczy nie zobaczył - zakpiłam. - droczyłam się - mruknęłam, rzucając mu książkę. Nie zamierzałam bawić się w kotka i myszkę, bo ona nie była mi potrzebna, a on o nią tak zaciekle walczył, że nie mogłam mu jej nie dać. Poza tym, nie miałam ochoty i czasu się w to bawić. Dopiero niedawno spostrzegłam, że jestem w otoczeniu, w którym się wychowałam. Nie byłam tu od bardzo dawna, a te ziemie są bardzo zniszczone, praktycznie tego nie zauważyłam. Chciałam wybrać się do domu, w którym to się wychowałam. Mimo, że nie wspominam tego dobrze, to sentyment nadal pozostał i chciałabym zobaczyć to wszystko na nowo. Od kilku dni usilnie starałam się zlokalizować położenie domu, wszystko uległo zmianie i nie wiedziałam praktycznie nic. Nie było nawet głupiej tabliczki z ulicą, a tak bardzo chciałabym tam wrócić, choć na chwilę. Nie chciałam dłużej czekać, bo wiedziałam już, gdzie mniej więcej znajduje się dom. Postanowiłam ruszyć od razu, póki nawet się nie rozpakowałam.
- Słuchaj, wiem, że to dziwne, ale czy mogłabym wziąć od ciebie trochę jedzenia? Nie potrzebuję dużo - przemogłam się i poprosiłam, bo wkońcu i tak widział moją chwilę słabości. - wyjeżdżam, będę w następną noc. Wiem, że sobie poradzisz nawet w takim stanie - powiedziałam, zakładając cieplejsze ubrania, gdy nagle mnie olśniło. Chłopak nie ma tyle jedzenia, żeby starczyło też dla mnie, a nie ma jak zdobyć więcej, bo jest ranny. - wiesz co, zapomnij o jedzeniu, poradzę sobie - uśmiechnęłam się szczerze, przybita. Czeka mnie mała głodówka, ale to Nick jest tutaj poszkodowany i jemu bardziej się przyda. Zastanawiam się też co takiego się ze mną stało, że się nim przejmuje. Kiedyś, nawet, jeśli to byłby mój przyjaciel, miałabym gdzieś, czy przeżyje, czy nie, a teraz jesteśmy tylko znajomymi, a i tak zależy mi na tym, aby nic mu się nie stało. Zdenerwowana na samą siebie zwiałam szybko bez słowa, czym prędzej odpaliłam samochód i odjechałam w czarną noc. Nie było strasznie, za to bardzo zimno i chciało mi się pić, ale to było teraz najmniejszym zmartwieniem. Jechałam dosyc długo, ponad trzy godziny i kiedy byłam na miejscu, było już po siódmej. Wyszłam z samochodu na drżących nogach, patrząc nieobecnym wzrokiem na budynek utrzymany w dosyć dobrej jakości, jak na tyle lat. Przypomniało mi się wszystko, nasza rodzinna katastrofa, ale też te dobre chwile. Weszłam, nawet nie sprawdzając, czy jest bezpiecznie. Teraz się to nie liczyło. Weszłam do małego przedpokoju, gdzie meble były poniszczone i ich resztki leżały porozwalane na ziemi. W salonie było mnóstwo szczątek zwierząt, trupów i ludzi, co stanowiło pożywkę dla bakterii, dlatego zasłoniłam usta, czując smród rozkładającego się mięsa. Było za zimno, aby zleciały się muchy, więc tu był ogromny plus. W kuchni na ladzie widziałam zdjęcia przedstawiające mnie i rodzinę, na co od razu w oczach zebrały mi się łzy. Wzięłam wszystkie do kieszeni, chcąc coś zatrzymać. Następnie poszłam schodami na górę, gdzie kiedyś mieścił się mój pokój. O dziwo, było pełno pluszaków, w nawet dobrym stanie. Tak samo jak ze zdjęciami, wzięłam jednego, najmniejszego. Położyłam się na materacu, na którymś niegdyś spałam, bo niestety szkieletu łóżka nie było. Patrząc się na różową, obdrapaną tapetę, zasnęłam, bo widziałam że będę długo jechała, a dużo nie spałam. Kiedy jednak wieczorem się obudziłam, wiedziałam, że muszę wracać. Głód mi doskwierał niemiłosiernie, plecy bolały od wystających sprężyn, a oczy piekły od płaczu. Naprawdę dałabym wszystko aby urodzić się w dobrej, kochającej rodzinie i dobrze wspominać dzieciństwo. Niewyspana, zapewne ze spuchniętymi oczami, wsiadłam do samochodu i po prostu odjechałam. Nie było zombie, ale wiedziałam, że to tylko cisza przed burzą. I miałam racje, gdy wróciłam do warsztatu po trzech godzinach jazdy. Weszłam do środka. Nick robił coś przy motorze, pewnie nawet nie zwrócił na mnie uwagi, ja po prostu położyłam się na kanapie i spróbowałam doprowadzić do porządku. Nie wiedziałam, że niedługo wtargnie do warsztatu niemalże setka trupów.

<Nick?>

Od Nick'a cd. Blancy

Nie wiem, czy Blanca miała mnie za jakiegoś niepełnosprawnego po tym wypadku, jednak byłem pewien, że pytanie ", Czy poradzę sobie bez niej" mogła sobie oszczędzić.
-Jasne, że tak-mruknąłem, jednak też nie chciałem naskakiwać na dziewczynę, więc szybko poprawiając koc, dodałem:
-Nie przejmuj się.
-Dobrze, to ja jadę-powiedziała, po czym szybko wskoczyła do wozu i równie szybko odjechała.
Teraz zostałem sam. Nie widziałem już zbyt wielu interesujących rzeczy w warsztacie, więc po jeszcze chwilowym odpoczywaniu zamierzałem się stąd zabierać. Pewnie nie na długo. Do wieczora nie później, jednak żeby po prostu coś porobić. Taki nagły brak aktywności był jakiś dziwnie nie do wytrzymania i znowu czułem się jak po tamtym wypadku. Klif przecież tez musiał wyjść, a Blanca pewnie nie pomyślała o tym, żeby go wypuścić, jednak zupełnie jej się nie dziwię i tak, zyskała u mnie wielki szacunek, że taki ciężki człowiek jak ona, zdołała przezwyciężyć swój charakter i pomóc mi. Byłem jej bardzo wdzięczny, jednak czułem, że ona nie odczuwa tego tak jak ja, tylko po tych swoich dziwnych regułach. Swoją drogą byłaby naprawdę spoko, gdyby nie ten jej dziwny charakter i sposób bycia, jednak podobno wszystko można w człowieku zmienić. Kto wie?
-Noga..-powiedziałem i klepnąłem się w udo, by przywołać psa. Nie wychodziliśmy głównymi drzwiami, tylko tylnymi. Było stamtąd bliżej do takiego urokliwego, małego lasu. Wystarczyło chwilę iść w górę rzeki i już po jakimś kwadransie było się na miejscu. Miejsce naprawdę magiczne, wszędzie gęsto porozmieszczane wysokie drzewa, miliony malutkich krzaczków i szmaragdowo-zielone zwisające pnącza. Bardzo lubiłem to miejsce. Kojarzyło mi się z "poprzednim życiem", tym normalnym. Pamiętałem, że zawsze, gdy ojciec zabierał mnie na jakieś swoje nudne wykłady, to później, w nagrodę zabierał mnie do najróżniejszych ogrodów botanicznych, które wyglądały właśnie jak ten las. Oczywiście nie wszystkie, ale były takie, gdzie modyfikowano rośliny i wyglądały one właśnie tak jak te tutaj, jednak teraz takie piękności to była codzienność, nic nadzwyczajnego, wszędzie pojawiają się mutacje.
Niezbyt zwracałem uwagę na psa, który uradowany biegał po krzakach, które zapewne przyjemnie drapały go, wzięło mnie wtedy na wspominki. Przypomniał mi się ojciec i wszystko, co z nim przeżyłem, dobre i złe chwile. Szkoda, że go tam nie było, czasem przydałoby mi się jego wsparcie.
Powracając do rzeczywistości, zauważyłem, że już się ściemnia. Poczułem też przyjemne ciepło z mojej prawej strony, które dawał mi śpiący na moim kolanie Klif. Szybko obudziłem go i jak poparzony, zacząłem biec w stronę warsztatu. Wiedziałem, że walka mi dużo nie da. Tak osłabiony nie miałem najmniejszych szans, z chordą zombie, które raczej nie poczekają, aż ja sobie odbiegnę i dopiero zaczną mnie gonić. Musiałem się stamtąd szybko zbierać.
Gdy dobiegałem do warsztatu była ich za mną już spora grupka. W końcu trzeba było zacząć walczyć. Nie mogłem pozwolić, by dostały się do środka warsztatu. Z początku dawałem sobie nawet radę, jednak zombie przybywało i powoli zaczynałem się bać, że mogę nie dać sobie rady, jednak nie dałem się zmanipulować panice i nadal trzymałem wszystko na wodzy. Nagle mnie, jak i zombie oślepiły dwie, długie smugi światła. Usłyszałem otwieranie drzwi, a potem w zasięgu mojego wzroku pojawiła się Blanca i pomogła mi powybijać, tę całą hołotę.
-Dzięki, znowu ratujesz mi skórę..-powiedziałem, lekko uśmiechając się, co prawda przez chwilę stanowczo przegrywaliśmy, jednak nawet Klif się do czegoś przydał i jakoś razem dawaliśmy radę wyrównać wynik, a na sam koniec wygrać.
-Ehh, nie ma za co-odpowiedziała nieco ozięble, a ja tylko wzruszyłem ramionami.
Weszliśmy do środka i usiedliśmy na sofie. Zmęczony oparłem się o oparcie i założyłem nogę na nogę.
-Gdzie ty w końcu byłaś?-zapytałem, biorąc głęboki wdech, jednak dziewczyna nie odpowiedziała, tylko z małego plecaka wyciągnęła książkę, którą zostawiłem w bibliotece.
-Masz ją?!-krzyknąłem uradowany, na co Klif zląkł się i podskoczył z miejsca.
-Tak, mam też inne ważne rzeczy..-stwierdziła, nadal trzymając książkę, jednak gdy chciałem ją wziąć dziewczyna, tylko lekko odsunęła ją od moich rąk, bym nie mógł jej dosięgnąć.
-No jeszcze mi powiedz, że specjalnie ją wzięłaś, żebym ja nie mógł jej dostać..-mruknąłem, po czym ponownie oparłem się o oparcie sofy i zamknąłem oczy-Proszę..

<Blanca?> 

Od Reker'a cd. Nick'a

Zima to wredna pora roku... Niby ja lubisz niby nie, ale zabawa śnieżkami zawsze jest fajna i nie zmienia się to ze względu na wiek. Do dzisiaj pamiętam jak z kumplami po szkolę nie raz urządzaliśmy sobie wojnę na białe, zimne kulkę, które gdy wpadały pod kurtkę powodowały grymas na twarzy i śmieszne tańce by to jakoś wytrzepać i się nie rozchorować. Nasze psy też miały niezłą zabawę, ale gdy dostawały w zad to od razu uciekały nie wiedząc co się dzieje. Dark chyba powoli zaczął rozwiązywać tą całą zagadkę, ponieważ patrzył co jakiś czas z niezadowoleniem na Nick'a. Jeśli chodzi o Klifa to ten pies jakoś długo nie rozpaczał nad oberwaniem, zabójczą bronią i w łbie miał większą ochotę na bawienie się niż rozmyślanie nad tym co się właściwie dzieje.
- I tak mnie nie trafisz - zaśmiałem się zza drzewa strzepując lekko śnieg z kurtki. Bawiliśmy się już długo więc moje ręce, które nie miały na sobie rękawiczek zaczęły powoli robić się czerwone i nawet powoli szczypały. Nie mogę dostać odmrożeń - pomyślałem sobie jeszcze wypatrując swojego celu siedzącego w nagich krzakach.
- Jeszcze zobaczymy! - zaśmiał się chłopak rozglądając się dookoła jak dzikie zwierze, gdyż widocznie nie wiedział gdzie jestem. Nie chcąc tracić teraz dobrej okazji, odchyliłem szybko rękę do tyłu i z precyzją snajpera rzuciłem śnieżką prosto w nos przyjaciela. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, iż śnieżna kula się na niego nadziała przez co wydarł się niesamowicie z zimna oraz od razu ją ściągnął dotykając ze strachem swojego nosa sprawdzając czy czasami mu nie odpadł.
- Orientuj się bardziej Princesso - zażartowałem oddalając się nieco bardziej. Kiedy byłem już poza zasięgiem jego wzroku, wspiąłem się na wysokie drzewo oraz rozejrzałem się po całym terenie czy czasami przez naszą zabawę nie zwołaliśmy tutaj jakiś kłopotów. Park w dzisiejszych czasach nie był już taki ładny jak dawniej, ale to miejsce nadal miało jakiś swój urok... Wiecie zawsze lepiej poznać nowe rzeczy i chwilę posiedzieć w jakiś miejscach, niż cały czas robić to samo i wpadać w nieustanną monotonię. Raczej czysto - mruknąłem sobie w myślach zeskakując z jednej z gałęzi na ugięte nogi by nie zrobić sobie żadnej krzywdy.
Zacząłem powoli wracać do miejsca gdzie zostawiłem Waltera z nadzieją, że nigdzie nie polazł i się nie zgubił... Cóż nie chciało mi się zbytnio go szukać a poza tym czy ja wyglądam na pasterza, który szuka owcy? No właśnie... Na szczęście chłopak został na swoim miejscu i o dziwo leżał na śniegu, ponieważ "zaatakował" go Klif swoim lizaniem.
- No już, już! - mówił dziewiętnastolatek próbując go jakoś od siebie odgonić, ale samiec nie miał zamiaru od niego odejść. Dark usiadł przy mojej prawej nodze przekręcając śmiesznie głowę na ten widok, bo chyba nawet sam nie wiedział o co może chodzić - Klif! - warknął jeszcze ostrzegawczo a pies podkulił ogon oraz szybko się wycofał zaczynając lizać swoją prawą łapę. Westchnąłem na to wszystko oraz ukucnąłem przy psie wyciągając rękę w jego stronę.
- Podaj łapę - rzekłem spokojnie co wykonał od razu a moim oczom ukazał się kolec róży, który utkwił dość głęboko w poduszce łapy psiaka - Boli go... Chciał zwrócić na siebie uwagę przez to - dodałem jeszcze oglądając uważnie zranienie - Trzeba to wyciągnąć, ale lepiej zmieńmy miejscówkę.

<Nick?>